Chcesz otrzymywać najnowsze wiadomości
Wydarzenia
Zarabiamy coraz mniej

Wsierpniu zarabialiśmy mniej, niż w lipcu a dynamika wzrostu płac spadła z 3,5 do 2 proc. Według raportu NBP, na ostatnią podwyżkę możemy liczyć około 30. roku życia! Money.pl sprawdził, czy warto już upomnieć się o nią u pracodawcy.

Wskaźnik Bezpieczeństwa Działalności Gospodarczej BIG w trzecim kwartale tego roku wzrósł o 5,06 punktu i osiągnął tym samym wynik 4,11. To rekord - tak dobrze w naszych przedsiębiorstwach nie było od 3,5 roku. Co więcej, według profesora Ryszarda Bugaja, w polskich firmach nawet w ostatnich latach w ogóle nie było źle.

- Kryzys nie przyniósł dramatycznych spadków zysku w przedsiębiorstwach. Owszem, wzrosła liczba tych, które znalazły się w tarapatach, ale znaczna większość radziła sobie nad wyraz dobrze - mówi prof. Bugaj. - Z tego punktu widzenia dobrze by było, żeby się teraz podzieliły tymi zyskami z zatrudnionymi - dodaje. I twierdzi, że bilans pomiędzy zyskami firm, a płacami ich pracowników, nie osiągnął jeszcze równowagi, która byłaby dobra dla całego rynku.

- Według mnie przedsiębiorcy w pewnego rodzaju krótkowzroczności zjadają swój ogon. Wyczekują poprawy koniunktury, która jest dla nich związana ze zwiększeniem popytu wewnętrznego, a jednocześnie nie chcą dawać podwyżek. Gdzie tu logika, jak ludzie mają więcej kupować? - pyta ekonomista.

To, że Polacy nie mają za co walczyć o lepszą koniunkturę, pokazuje zestawienie inflacji i wynagrodzeń. Z najświeższego odczytu wskaźnika wynagrodzeń Głównego Urzędu Statystycznego jasno i wyraźnie widać, że przez zeszły rok inflacja zżerała nasze podwyżki i dopiero ostatnie miesiące przynoszą poprawę w tej kwestii. Choć ostatni odczyt znów napawa niepokojem. Dynamika wzrostu spadła z 3,5 procent do 2.

Czy podwyżki Polakom się należą? Ekonomista Marian Noga przekonuje, że jak najbardziej. Wskazuje, że jedynym wskaźnikiem gospodarczym, który niezmiennie rośnie od czasów transformacji, jest wydajność pracy. Rzeczywiście, jego historia wskazuje na rozwój kompetencji pracowniczych w Polsce. Co prawda ciągle nam daleko do średniej Unii Europejskiej, ale powoli, sukcesywnie zbliżamy się do efektywności pracownika UE.

- W takim kontekście zupełnie uprawniony byłby stały minimalny wzrost płacy w okolicach 2 procent - mówi prof. Noga. - Co więcej, uważam, że gdyby wzrost płac był co miesiąc wyższy o jeden punkt procentowy od inflacji, to firmom też by się nic nie stało. Przy takim wzroście wydajności pracy to bezpieczne.

Przedsiębiorcy zdają siebie sprawę, że ponad 13 procent osób w wieku produkcyjnym stoi pod ich drzwiami i czeka na zatrudnienie. Dlatego - jak zauważa profesor Noga - utrzymują oni optymalnie najniższe wynagrodzenie dla swoich kadr. - Myślę jednak, że zdają sobie sprawę, że powolutku znów wchodzimy w ten okres, kiedy prośba o podwyżkę będzie uzasadniona i nie będzie można jej zbyć wymówką w postaci kryzysu - dodaje ekonomista.

Według Nogi, presja na podwyżki pojawi się więc w firmach znacznie wcześniej, niż wyraźny spadek bezrobocia w kraju. Według większości ekonomistów, jeszcze w przyszłym roku będzie ono rosło, a zacznie maleć dopiero w 2015 roku.

Ale o rozwagę w domaganiu się większych pensji postulują sami związkowcy. Kazimierz Kimso, szef dolnośląskiej Solidarności, uważa że o podwyżkę, owszem, można iść,ale trzeba wiedzieć w jakiej firmie i branży. Przyznaje że na Dolnym Śląsku - gdzie stosunkowo dużo związków zawodowych jest w zakładach prywatnych - podwyżki udawało się wywalczyć nawet w kryzysie. - Ale zawsze spoglądamy na wyniki ekonomiczne zakłady pracy. Nie ma co podcinać gałęzi, na której się siedzi - mówi Kimso. - Ja jestem pragmatykiem i fakt, że we wskaźnikach widać koniec kryzysu nie oznacza, że trzeba z automatu biec do szefa po podwyżkę - dodaje.

Co na to sami pracodawcy?
Zbigniew Sebastian, przedsiębiorca i szef Dolnośląskiej Izby Gospodarczej, mówi, że na podwyżki szanse są, ale to raczej kwestia do rozpatrzenia po pierwszym kwartale przyszłego roku.

- Musimy zobaczyć, co przyniesie czwarty kwartał, a pierwszy jest zazwyczaj najtrudniejszy w roku. Dlatego właśnie o podwyżkach można zacząć myśleć dopiero w kwietniu, maju przyszłego roku. Na święta natomiast planujemy dodatki bożonarodzeniowe - tłumaczy prezes DIG.

Najpierw usługi, potem reszta. Gdzie, w jakich branżach będzie można najszybciej starać się o zwiększenie poborów? Na pewno w usługach. Według profesora Nogi, to najdynamiczniej rozwijająca się gałąź gospodarek rozwiniętych i rozwijających się. Przemysł, budowlanka i rolnictwo muszą poczekać. Pocieszające jest to, że większość etatów znajduje się właśnie w usługach.

Zapędy w staraniach o podwyżkę najmniej pochwala i niechętnie podsyca prof. Stanisław Gomułka. Według niego, nasze przedsiębiorstwa ucierpiały na kryzysie, zmalała ich zyskowność, a managerowie nabrali dużej ostrożności w wydawaniu firmowych pieniędzy.

- Tym bardziej, że nasze przedsiębiorstwa nie mają zgromadzonych aż takich zasobów, jak to się przedstawia - wyjaśnia prof. Gomułka. - Jeśli na ich kontach jest około 50 czy 160 miliardów, a średnie roczne wydatki inwestycyjne wynoszą w Polsce 300 miliardów, to nie możemy mówić o jakieś zawrotnej kwocie.Gdyby firmy miały na kontach 500 czy 600 miliardów, wtedy domaganie się podwyżek byłoby dużo bardziej uzasadnione - dodaje.

Ale ostatnie protesty związkowców pokazują, że wielu polskich pracowników ma już dość czekania i ciągłego tłumaczenia się pracodawców dekoniunkturą. Rządowa ustawa antykryzysowa, która miała na celu zatrzymanie gwałtownego wzrostu bezrobocia w latach, kiedy kryzys zbierał największe żniwo na świecie,pogorszyła warunki pracy. Co więcej zatrzymała wzrost płac.

- Uelastycznienie rynku pracy spowodowało, że wzrost płac także stracił dynamizm. Można więc powiedzieć, że rząd stworzył warunki do tego, by uwięzić płace na pewnym poziomie. A moim zdaniem, pogląd że jak wzrosną płace, to wzrośnie bezrobocie jest nieuzasadniony - mówi prof. Bugaj.

Co więcej, to między innymi ustawa antykryzysowa, która rozluźniła stosunki pracy,doprowadziła do tego, że dziś - według najnowszego raportu Narodowego Banku Polskiego - w Polsce mamy najwyższy w całej Unii Europejskiej odsetek umów na czas określony. Średnio 27 procent pracujących ma taką właśnie umowę.

Raport NBP w ogóle przynosi dość zatrważające informacje na temat polskiego rynku pracy. Na przykład mniej niż jeden aktywnie szukający pracy bezrobotny otrzymuje jakąkolwiek ofertę. Okazuje się też, że inwestycje nie są wcale głównym czynnikiem wzrostu zatrudnienia - aż 70 proc. firm planujących inwestowanie nie chciało zwiększać zatrudnienia, a jedna czwarta firm wdrażających innowację zmniejszyła załogę. Według raportu NBP, około 10-15 lat po rozpoczęciu kariery zawodowej, czyli w wieku 30 lat, wynagrodzenia stabilizują się i pracownicy już raczej nie mogą liczyć na podwyżki.

Tosię może źle skończyć Eksperci raportu NBP napisali też, że jeśli cechy strukturalne polskiego rynku pracy zostaną zachowane i w najbliższym czasie nie nastąpi gwałtowne ożywienie gospodarcze, należy oczekiwać, że skala występowania presji płacowej w Polsce powinna pozostać na poziomie zbliżonym do obecnego.

Dlatego, według profesora Gomułki, wyraźne poprawienie relacji wzrostu płac do inflacji może nastąpić dopiero w 2015 roku, kiedy to wzrost gospodarczy może sięgnąć, a nawet przekroczyć 3 procent PKB. W przyszłym roku nawet rząd zakłada dynamikę PKB na poziomie 2,5 proc. PBK, a to oznacza, że na pewno wskaźnik ten nie będzie wyższy.

Jednak uelastycznienie rynku pracy jako słuszne widzą zarówno profesor Gomułka jak i Noga. Dla pierwszego reformy zwiększające wygodę zatrudniania i zwalniania powinny iść jeszcze dalej, a dla drugiego ich ograniczenie byłoby strzałem w kolano.

- Poza tym pamiętajmy, że duża część tych umów zawierana na życzenie pracujących - mówi prof. Gomułka. - Co więcej, na przykład w Hiszpanii umowy, które my zwiemy śmieciowymi, zwane są brylantowymi. Więc nie wrzucałbym wszystkich tego typu umów w kraju do jednego worka.

Tylko prof.Bugaj uważa - podobnie jak związkowcy - że ograniczając liczbę umów na czas nieokreślony burzymy fundamenty ładu społecznego budowane od końca XIX wieku. - To może mieć przykre następstwa społeczne - przestrzega.

Źródło: Money.pl. 18.09.2013. Autor: Maciej Czujko (RNK)


dodano: 2013-09-19 09:12:59