Chcesz otrzymywać najnowsze wiadomości
Wydarzenia
Wieś czy grupa producencka

Elżbieta Wojtas-Ciborska


W związku ze zmianą strategii negocjacyjnej Polski z Unią Europejską w sprawie zakupu ziemi i jednocześnie wyrażoną determinacją w dążeniu do szybkiego zamknięcia rokowań we wszystkich rozdziałach, poza rolnictwem (także polityką regionalną oraz budżetem i finansami), pragniemy zwrócić Państwa uwagę na ostatni raport UNDP (agendy ONZ ds. rozwoju, mającej swoje przedstawicielstwo w Polsce) dotyczący obszarów wiejskich. Rekomendowane w nim działania mogą się okazać cennymi w dalszych pracach nad restrukturyzacja rolnictwa i rokowaniach z UE. Prace nad raportem wspierały krajowe i zagraniczne organizacje, w tym Biuro ds. Raportów o Rozwoju Społecznym UNDP w Nowym Jorku, a także Organizacja Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO).
    Raport jest efektem pracy zespołu autorów badań i opracowań podstawowych: Krzysztofa Gorlacha (redaktor naukowy), Stanisławy Golinowskiej, Tadeusza Hunka, Andrzeja Kalety, Lucyny Nowak, Marka  Okólskiego, Janusza Siemińskiego, Biruty Skrętowicz i Pawła Starosty oraz licznej grupy autorów tekstów pomocniczych, w tym autorki tego tekstu. Raport zrecenzowali: Jan Danecki, Eugeniusz Mazurkiewicz i Józef Okuniewski.


Wczytując się dokładniej w treść raportu nasuwa się kilka pytań.
    Przede wszystkim

jaka ma być wieś i jakie mają być tryby i trybiki wprawiające w ruch tę maszynę?

Decydować będą ludzie, ich kwalifikacje, względna starość lub młodość wsi, wyludnianie się mniej atrakcyjnych regionów, ale w jakimś stopniu  zaszłości historyczne i niekonsekwencje obecne.
    W latach 1946–2000 liczba ludności wiejskiej była bliska 15 milionom i o 15 milionów zwiększyła się w tym czasie ludność Polski. Ten dynamiczny uprzedni wzrost demograficzny wsi kierował się w stronę miast bądź zagranicy. I to mimo dość znacznej ruchliwości z miasta na wieś. Jednostki wybierające miasto były młodsze i najlepiej wykształcone. Proces ten trwał aż do 1993 roku, gdy ubytek netto ludności wiejskiej (odpływ pomniejszony o powroty na wieś) spadł poniżej przyrostu naturalnego. Oznacza to zaciśnięcie obręczy miast ze względu na brak pracy.
    Według raportu, z obecnych blisko 15 milionów ludzi mieszkających na wsi (38,1 proc. mieszkańców Polski) w 2030 roku pozostanie 13,6 miliona 35,9 proc. mieszkańców Polski, (w skali procentowej to spadek o 2,2 pkt). Oznacza to spory ośmiopunktowy spadek ludności wiejskiej.  
    W tym samym czasie liczba osób najstarszych (w wieku lat 65 i więcej) zwiększy się do 2,7 miliona (wzrost o 39,2 proc. w tej grupie, w porównaniu do roku 2000) i po raz pierwszy w historii będzie przeważać nad grupą dzieci do lat 14, która to grupa wyznacza następstwo i wymianę pokoleń, a w ujęciu liczbowym będzie liczyć w 2030 roku nieco ponad dwa miliony (spadek  w porównaniu do roku 2000 o 37,2 proc.).  
    Tym niemniej ta oscylacja wiejskiego osadnictwa wokół 30 proc. ludności na 80 proc. powierzchni kraju jest raczej typowa dla Europy. Gęściej było w Portugalii, Słowenii i Jugosławii, a wyraźnie luźniej w Belgii, Wielkiej Brytanii, Danii, Niemczech, Szwecji i Republice Czeskiej.  
    Trzeba się więc zastanowić,

jak wyposażyć tę najbardziej stabilną część Polski?

Wszak tkwią w niej korzenie prawie każdej polskiej rodziny.  Prawie zawsze może się ona odwołać do korzeni i stwierdzić, że ma gdzie wracać, choćby wspomnieniem czy myślami. Konkluzja raportu, że mamy do czynienia z dwiema rzeczpospolitymi, tą wiejską odstającą i tą miejską rozwiniętą, pachnie tekstem piosenki: Jestem z miasta, to widać, to słychać, to czuć. Tym bardziej wątpliwy wydaje się być wniosek cytowany z raportu, jakoby „utrwalanie się takiego podziału można wskazać jako podstawowy czynnik destabilizujący w dłuższej perspektywie proces rozwojowy Polski oraz funkcjonowanie instytucji demokratycznych. Co więcej, niepowodzenie przeciwdziałań temu zjawisku zakłóci proces integrowania się Polski  ze strukturami Unii Europejskiej”.
    A przecież chodzi po prostu o cenę ziemi, którą polscy chłopi nie bez racji traktują także symbolicznie. Gdyby dochodowość polskiego rolnictwa pozwalała uczynić cenę ziemi konkurencyjną z ceną zachodnią, to i rolnicy zapewne nie baliby się otwartej konkurencji, co przerabiali z dobrym skutkiem w Wielkopolsce sto lat temu podczas „Najdłuższej wojny nowoczesnej Europy”.  
    Zmiany na przełomie lat 1989–1991 były dla wsi trudniejsze niż należało oczekiwać i do dziś idą w złym kierunku. Więc tu tkwi przyczyna sceptycyzmu wobec integracji.
    Z półtorakrotnego parytetu dochodów 1989 roku, najwyższego w całym ówczesnym powojniu, już w 1991 roku parytet spadł do 50 proc., a pod koniec dekady był niższy o dalsze 10 proc.  

Dlaczego brak wyraźnej prodochodowej polityki?
 
W raporcie mówi się o bezrobociu, ale raczej ekstrapolując różne modyfikowane warianty stanu obecnego, bez wyraźnego koherentnego wskazania na konieczne mechanizmy polityki gospodarczej, która w takiej zapaści musi się odwołać do niekonwencjonalnej strategii i znaleźć krytyczną ścieżkę do celu. 
    Brakuje też wyspecyfikowania wszystkich plusów i minusów likwidacji PGR-ów, otwarcia granic na dotowaną zachodnią żywność, prywatyzacji otoczenia rolnictwa, potraktowania spółdzielczości jako reliktu starego ustroju i zbyt pochopnego wycofania się państwa z tej skali koniecznego gwarantowania przez subwencje i tanie kredyty eksportu wschodniego, które umożliwiłaby konkurencję z firmami państw trzecich.
    W artykule Elżbiety Tarkowskiej  pt. „Bieda »popegeerowska«” są stwierdzenia w rodzaju: „Osiedla dawnych PGR-ów to często obecnie skupiska biedy, bezrobocia, marginalizacji, poczucia braku perspektyw, a także zjawisk patologicznych (choroba alkoholowa, kradzieże, kłusownictwo)”. W tekście Janiny Ochojskiej „Polska Akcja Humanitarna – dożywianie dzieci w szkołach”  wylicza się koszt dożywiania dziecka na 500 złotych rocznie i apeluje o wsparcie akcji „Pajacyk”. Dobre i to.
    Ale tym bardziej

trzeba na zimno oszacować wszystkie „blaski i cienie” skasowania PGR-ów.

Kiedy i kto bowiem wyliczy i złoży w całość społeczne koszty ciągnione, a więc wszystkie konsekwencje biedy, łatanej z Warszawy za pośrednictwem całej rzeszy instytucji i osób brukujących dobrymi intencjami przysłowiowe piekło?
   W tym długim rachunku muszą się wszak zmieścić wszystkie składowe faktycznego piekła załóg byłych PGR-ów: niespełnione szanse ich dzieci, utracone korzyści z tytułu bezrobocia, zaburzone i zdegradowane środowisko rodzinne i sąsiedzkie, wygenerowane patologie i ich echa w kolejnych pokoleniach.

A może grupy producenckie?

W raporcie brakuje także odniesień do grup producenckich, które miały być antidotum na spostponowaną spółdzielczość wiejską, mimo że całe rolnictwo europejskie opiera się na spółdzielczości.
    Grupy producenckie miały, w założeniu, być tym ogniwem negocjacyjno-marketingowym ze strony wsi wobec partnerów rynkowych. Niektórzy rolnicy, zwłaszcza specjalizujący się w wielkotowarowej jednej dziedzinie, powiązali się w takie grupy. I wielekroć zatoczyli na wysokich schodach. Bo od zarejestrowania grupy są traktowani jako zamożna prywatna firma, ze sporymi obligatoryjnymi taksami przy załatwianiu urzędowych wymogów!
    W raporcie piórem Krzysztofa Gorlacha podkreśla się, że tradycje polskiej spółdzielczości wiążą się z oświeceniowym nurtem społecznych wysiłków Stanisława Staszica, który 185 lat temu utworzył Rolnicze Towarzystwo Wspólnego Ratowania się w Nieszczęściach, znane w historii i do dziś cenione na Zamojszczyźnie jako Towarzystwo Rolnicze Hrubieszowskie. Towarzystwo to (i w pozostałych zaborach tak Kościół, jak i ruch ludowy czy socjalistyczny), było prekursorem wspomagania się kredytami, organizowania przetwórstwa, zaopatrzenia w nawozy i nasiona, organizowania skupu mleka i innych produktów.
    Organizacje spółdzielcze powoływane przy tej okazji lansowały też nowoczesne metody upraw, jak też urządzania zagród wiejskich zgodnie ze wskazaniami higieny.
    Już przed pierwszą wojną światową w zaborze pruskim było 60 spółdzielni rolniczo-handlowych. W zaborze austriackim 27 spółdzielni i 50 składnic kółek rolniczych i aż 173 spółdzielnie mleczarskie. W zaborze rosyjskim, gdzie doliczono się 143 spółdzielni, także te ostatnie przeważały. Zaś po pierwszej wojnie światowej spółdzielczość wiejska była konsekwencją uobywatelnienia chłopów. W 1937 roku istniało aż 8670 spółdzielni rolniczych, zrzeszających 1,9 miliona osób. Najwięcej, bo aż 3686 spółdzielni miało charakter oszczędnościowo-pożyczkowy, znanych jako Kasy Stefczyka. Było także 2972 spółdzielni spożywczych, 1408 mleczarskich, 410 handlowych oraz 200 związanych z przetwórstwem bądź usługami. Podczas wojny spółdzielnie były pretekstem do pokrywania legalną działalnością wielu przedsięwzięć konspiracyjnych bądź dawały szansę pracy i przeżycia osobom ściganym przez okupanta.
    Po wojnie niszczono na różne sposoby ten dobrze ukorzeniony ruch. Wieś była wyjątkowo drenowana przez niedopłaty w dostawach obowiązkowych, szacowanych w latach 1950–1955 na 30 miliardów ówczesnych złotych. Wycofując się po październiku 1956 roku z lansowanych natrętnie w latach 1948–1956 spółdzielni produkcyjnych, przywrócono jednocześnie inne formy spółdzielczości, widziane w tych latach niechętnie. Z kolei te spółdzielnie, które się ostały, dziś stały się nowoczesnymi firmami prorynkowymi i radzą sobie niezgorzej. 
    Do 1989 roku w zasięgu każdej wsi była Gminna Spółdzielnia i zbudowane przezeń punkty usługowo-handlowe, zaopatrzenia i skupu. Następnie jednak przekształcano je w niewiadomym kierunku, z marnotrawstwem znacznej części majątku i dezintegracją lokalnego rynku rolnego.

Rolnictwo filarem strategii rozwoju regionu?

Spośród innych wskazanych w raporcie rekomendacji szczególnie trafia do przekonania wskazanie, że rolnictwo Polski Zachodniej i Północnej może być równorzędnym, a nawet konkurencyjnym filarem strategii rozwoju regionu, podczas gdy w regionach środkowych, południowych (za wyjątkiem Małopolski) i wschodnich trzeba zapobiec marginalizacji rolnictwa, wyszukując – jak sądzę – specyficzne dlań nisze (może agroturystyka, rolnictwo ekologiczne, kooperacja z przemysłem lokalnym i dalszym, usługi, rzemiosło, na wschodnich rubieżach współpraca przygraniczna?). Na tym przykładzie jeszcze bardziej widać potrzebę racjonalnej polityki regionalnej, decentralizacji gestii, ale i środków.
    Z prognozy wytyczonej na 2040 rok wynika, że w rolnictwie w wariancie ambitnym znajdzie zatrudnienie 900 tysięcy osób, a w minimalnym 550 tysięcy. Faktyczny stan będzie zapewne pośredni. Mimo spadku, będzie to więc nadal wielki pracodawca. Taka perspektywa wyznacza konieczność zbudowania – tylko na wsi – półtora miliona nowych miejsc pracy w ciągu najbliższych 20 lat. I nie warto tego najważniejszego przedsięwzięcia odkładać, zwłaszcza, że jak w dalszej rekomendacji wskazano, przemysł spożywczy w znacznej części przywiązany do wsi, dysponuje znacznymi rezerwami mocy przetwórczych.  Mogą to być pierwsze bezinwestycyjne miejsca pracy wskazujące na integrację producentów z tym przemysłem.

Nadzieja w bezzwrotnej pomocy z UE
 
Pewne nadzieje wiążą się z wykorzystywaniem bezzwrotnej pomocy z Unii Europejskiej. Z programu PHARE wykorzystano już w rolnictwie i jego otoczeniu ponad 200 milionów euro. Dobre doświadczenia z tą linią pomocową umożliwiły przygotowanie znacznie większych sum w ramach programów przedakcesyjnych, przystosowujących polskie rolnictwo do standardów europejskich (PHARE 200, SAPARD i Fundusze Strukturalne). Przydałby się też jakiś nowoczesny system wdrożenia bezwypadkowej pracy w rolnictwie. W tej chwili rolnictwo, dające wszak chleb, jest najbardziej traumatogenną, najbardziej narażoną na wypadki dziedziną gospodarki.
    Interesująca jest pomoc doradcza w ramach Projektu Umbrella, powołanego w 1990 roku siłami rządu polskiego i UNDP, kontynuowanego do 2003 roku. Realizacja projektu przyczynia się do wypełnienia wynikających z konferencji ONZ pod hasłem „Środowisko i Rozwój”, odbytej w 1992 roku w Rio de Janeiro, zakończonej Agendą 21, która była niczym innym jak przygotowaniem się do wieku XXI poprzez przygotowanie strategii zrównoważonego rozwoju.  Około czterdziestu jednostek samorządu terytorialnego, głównie wiejskiego, w oparciu o tę pomoc przygotowuje strategie i późniejsze ich wdrożenie.  Ponadto Umbrella służy do certyfikowania administracji gmin i powiatów! Jako pierwsza w Polsce może się poszczycić certyfikatem ISO 9000 administracja miasta Dzierżoniowa, która uzyskała certyfikat w 1999 roku. Ta nobilitacja otwiera dalsze drzwi...
    W latach 1997–2000 skorzystało z pomocy Umbrelli ponad 70 gmin i  powiatów, a koszty pomocy doradczej wyniosły blisko 2 miliony dolarów. Wyraźnie mnożnikowy efekt tych funduszy i wszystkiego, co możemy zrobić dla wsi, jest dowodem, jak wielkie możliwości tkwią w tej dziedzinie. Kto i kiedy stworzy polskiej wsi punkt oparcia?

(grudzień 2001)

dodano: 2012-01-05 08:29:09