Chcesz otrzymywać najnowsze wiadomości
Wydarzenia
Szczęście w nieszczęściu

Z PIOTREM KULIKOWSKIM, prezesem zarządu INDYKPOL SA w Olsztynie
rozmawia Tomasz Boenke



Tomasz Boenke
Choroba BSE, a ostatnio pryszczyca spowodowały w Unii Europejskiej załamanie na rynku wołowiny i wieprzowiny. Czy w takim stanie rzeczy dostrzega Pan koniunkturę dla polskich firm specjalizujących się w produkcji drobiu?

Piotr Kulikowski
Kolejne przypadki  choroby BSE w państwach Unii Europejskiej, a ostatnio również wydarzenia z pryszczycą  wpływają na decyzje zakupowe konsumentów również na rynku polskim. Częściej sięgają oni po bezpieczne wyroby drobiarskie, rezygnując z wyrobów wołowych i wieprzowo-wołowych. Asortyment dostępnych na krajowym rynku przetworów i mięs z indyków jest na tyle różnorodny, że z powodzeniem  powinien zaspokoić wszystkie oczekiwania klientów i konsumentów.
    Co ciekawe, większość zakładów specjalizujących się w produkcji wyrobów wieprzowych i wołowych, wykorzystując obecne preferencje konsumentów, rozpoczęła produkcję przetworów indyczych i mieszanych wieprzowo-indyczych. Niestety, często bazują one na mięsach z małych ubojni, na ogół nie spełniających jakichkolwiek standardów sanitarno-weterynaryjnych. W efekcie sytuacja zakładów drobiarskich poprawiła się nieznacznie, aczkolwiek ta poprawa jest widoczna.

Koniunktura koniunkturą, ale czy polska branża drobiarska wytrzyma konkurencję z krajami Unii Europejskiej i czy może Pan wskazać za- kłady, które są w stanie sprostać tej konkurencji?
    Obecnie istnieją zaledwie dwie firmy drobiarskie, które są w stanie konkurować z największymi zakładami w Unii Europejskiej. To siedlecki Drosed i Indykpol. Trzecim jest Animex, do którego należy m.in. iławski Ekodrob. Teraz koncern ten przeżywa jednak okres wewnętrznych zaburzeń, co odbija się niekorzystnie na wynikach wchodzących w jego skład  firm drobiarskich.
    Pozostałe polskie zakłady nie realizują wystarczająco dużej skali produkcji i, co się z tym wiąże, nie mają odpowiednich środków finansowych na inwestycje niezbędne do zwiększenia swojej konkurencyjności oraz na  rozwijanie działalności handlowej i marketingowej.

Domyślam się, że wymienione zakłady drobiowe mają dominujący udział w rynku?
    Niezupełnie. Około 40 procent w rynku drobiu mają tzw. zakłady garażowe, ale  ich udział sukcesywnie maleje. Największym problemem branży jest fakt, że wiele zakładów będących na skraju bankructwa przedłuża swoją egzystencję  oferując wyroby po cenach dumpingowych,  między innymi ich warunki współpracy z hipermarketami są całkowicie nieracjonalne.

Czy nie można takich garażowych zakładów po prostu zamknąć, skoro produkcja w nich urąga wszelkim zasadom sanitarnym?
    Polskie służby nadzoru weterynaryjnego są między młotem a kowadłem. Z jednej strony przepisy nakazują zamykanie zakładów nie spełniających wymogów, z drugiej – jest nacisk ze strony władz lokalnych, aby ich nie likwidować. Zmiany w polskim rynku drobiarskim byłyby znacznie szybsze, gdyby inspektorzy weterynarii byli podporządkowani bezpośrednio główne-mu inspektorowi weterynarii.

Wnioskuję, że los małych i średnich zakładów drobiarskich, prędzej czy później, został już przesądzony?
    Może nie aż tak radykalnie. Zakłady te na pewno nie mają szansy stać się zakładami produkującymi na skalę europejską, z ponadregionalnymi rynkami zbytu. Niemniej jednak wiele z nich posiada dość mocną markę na rynkach lokalnych, działając w obrębie jednego lub dwóch województw moją szansę zająć nisze rynkowe.
    Idealnym rozwiązaniem dla niektórych z nich jest wyjście z produktem poza rynek lokalny i specjalizacja, np. tylko w produkcji kurczaka i jego przetworów, czy indyka albo gęsi. Problem polega na tym, że małe zakłady często nie stać na kredyty inwestycyjne, ponieważ  mogą generować zysk tylko w przypadku, gdy nie ponoszą kosztów obsługi  zadłużenia. Kredyt  w wysokości miliona złotych to z kolei za mały kapitał, aby zbudować nowoczesny zakład. Wydaje mi się, że dla większość małych zakładów najbliższe lata mogą okazać się trudne.

Czego brakuje właścicielom innych zakładów drobiarskich do osiągnięcia poziomu Indykpolu, Drosedu, czy Animexu? Kapitału, wiedzy, czy też może czegoś innego?
    W Drosedzie i Indykpolu sytuacja finansowa jest umiarkowanie dobra. Środków jest tyle, aby zrealizować zamierzenia właścicieli, jednak nie na tyle dużo, aby zrealizować je w krótkim czasie.             
    Największym wyzwaniem dla każdego menedżera jest stworzenie sobie wizji przedsiębiorstwa, określenia ścieżki rozwoju na najbliższe 15 lat. Swego czasu pomogli nam Amerykanie z Jerome Foods (były główny udziałowiec Indykpolu – TB). Pytali nas, gdzie chcemy być za 15 lat i co po drodze musimy zrobić, aby stało się to realne. Problem wielu przedsiębiorstw drobiarskich polega na tym, że ich właściciele oczekują zbyt szybkich zysków. Nie interesuje ich perspektywa stworzenia nowoczesnego zakładu na skalę europejską, bo to oznacza potężne koszty i zwrot z inwestycji dopiero za 15–20 lat.

A Pan, poza wizją rozwoju swojego przedsiębiorstwa, widzi również takie perspektywy dla całego polskiego rynku drobiarskiego?
    Poziom produkcji drobiu w Polsce rośnie od 15 lat. Ostatni rok był rekordowy, a prognozy zapowiadają dla naszej branży jeszcze lepsze lata. Statystyczny Polak spożywa rocznie około 14 kg mięsa drobiowego. W 1992 roku wskaźnik ten wynosił 5,5 kg. Istotne jest to, że spośród różnych  gatunków mięsa jedynie drób odnotowuje stały wzrost konsumpcji. Na rynku polskim od kilku lat obserwujemy sukcesywne  wypieranie wołowiny przez drób, w latach 90. proporcje w konsumpcji  wołowiny i drobiu uległy odwróceniu. Zagrożenie chorobą BSE prawdopodobnie proces ten przyspieszy. Minimalnie spada również konsumpcja wieprzowiny. A to oznacza, że głównym wygranym w przyszłości będzie  drób. Czynnikiem niepokojącym jest niejasna polityka polskiego rządu w zakresie wykorzystania przedakcesyjnych środków pomocowych. Może ona utrudnić rozwój zakładów przetwórczych, będących  głównymi  integratorami całej branży.

Czy polski drób ma szansę w ciągu kilku najbliższych lat podbić rynek unijny?
    Generalny odwrót konsumentów w Unii Europejskiej od wyrobów wołowych wywołał znacznie większe zainteresowanie produktami z drobiu. Trend ten prawdopodobnie utrzyma się w najbliższej przyszłości, co po wejściu w życie bezcłowego kontyngentu na eksport drobiu i przetworów do UE daje dodatkowe szanse na zwiększenie eksportu polskiego drobiu na ten rynek.     
    Co charakterystyczne, w ogólnym eksporcie drobiu coraz większą pozycję zajmują indyki. Najwięksi polscy producenci stoją więc przed ogromną szansą. Wynika ona głównie z tego, że w Polsce produkuje się ekologicznie i to z konieczności. Słabością są natomiast wciąż wysokie koszty produkcji. Największym zaś problemem jest droga pasza.         
    Najlepszy scenariusz dla Polski będzie również scenariuszem dobrym dla drobiarstwa. Unia planuje wysłać duże ilości używanych maszyn rolniczych na Ukrainę, a to oznacza, że za kilka lat będzie tam produkowane bardzo tanie zboże. Stwarza to szansę na pozyskanie źródła tanich i dobrej jakości zbóż paszowych dla Polski w zamian np. za nasze mięso. Tę szansę trzeba wykorzystać.

(maj 2001)

dodano: 2012-01-05 17:19:24