Chcesz otrzymywać najnowsze wiadomości
Wydarzenia
Nie zwolniliśmy tempa rozwoju

Z dr. inż. GRZEGORZEM FITTĄ, wiceprezesem zarządu Banku Przemysłowo-Handlowego
w Krakowie rozmawia Jerzy Byra

Bankowość jest jedną z najbardziej aktywnych branż w wykorzystywaniu technologii informatycznych. I choć wśród bankowców nie budzi wątpliwości fakt, że efekt końcowy komputeryzacji sprzyja sprawnej dystrybucji produktów bankowych i wspiera zarządzanie operacyjne i strategiczne, to już ich projektowanie i wdrażanie nie wyzwala tak jednoznacznych opinii zarówno wśród bankowców, jak i ich klientów. To nawet zrozumiałe, gdyż to bardzo skomplikowana materia. A tak na prawdę, problemy związane z procesem wdrażania technologii informatycznych, rozumieją tylko wdrażający. Czyli ludzie, którzy posiedli wyjątkową wiedzę umożliwiającą projektowanie rozwiązań informatycznych dla sprawnej realizacji usług bankowych. To oni tworzą nowoczesny wizerunek banków. W związku z tym i dla uznania ich osiągnięć pragniemy przybliżyć jednego z pionierów wdrażania tych nowoczesnych systemów elektronicznej bankowości.



Jerzy Byra
Panie Prezesie, od elektronicznej bankowości nie ma już odwrotu. Jej rozwój nabiera ogromnego tempa. Jednocześnie nie ulega wątpliwości, że wszystko co nowe nie obywa się bez pionierów, mających wizję takiego stanu rzeczy. Dlatego sadzimy, że ciekawe będzie, jak opowiemy o Panu, o człowieku, który w niedojrzałych ku temu warunkach tworzył zremby elektronicznej bankowości. Da to nam pogląd, jak rodziła się ta nowa specjalność, ta nowa kadra ludzi tak teraz rewolucjonizujących jakość i ilość usług bankowych. A więc, nim Pan trafił do bankowości i zaczął komputeryzować Bank Przemysłowo-Handlowy, zajmował się metalurgią. To skrajne branże.

Grzegorz Fitta
Tylko z pozoru. Wprawdzie w 1975 roku skończyłem Wydział Metalurgiczny Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, ale już przed dyplomem zainteresowałem się komputerami i informatyką. I im pozostałem wierny do dziś.  

Przez kilkanaście lat również metalurgii. Przecież do 1989 r. pracował Pan naukowo na AGH. Do czego więc wykorzystywał Pan te komputery?
    Najpierw korzystałem z nich pod kątem pracy dyplomowej. Siedziałem przy nich po nocach i sprawdzałem napisane programy. Dociekałem wtedy, w jakim stopniu można te komputery wykorzystać w metalurgii.
    Były to znane, wielkie wrocławskie Odry 1304 i 1305. Potem przesiadłem się na potężną, nowo zainstalowaną maszynę CDC serii 6000 w Środowiskowym Centrum Obliczeniowym „Cyfronet”. AGH była jego głównym fundatorem. Byłem pierwszym z branży hutniczej, który na tym komputerze pracował. Do niektórych badań metaloznawczych przepuszczałem na nim skomplikowane programy z Centrum Atomowego z Kanady. Było to bardzo interesujące doświadczenie.

Ale chyba bardzo stresujące? Do dużych prac obliczeniowych potrzebne są silne komputery. Tamte, mimo wszystko, do najszybszych nie należały.    
    I dlatego czasem klęło się na nie siarczyście. Głównie wtedy, gdy zapuszczałem obliczenia na noc i szedłem do domu. A rano okazywało się, że zamiast gotowych wyników otrzymywałem informację, że w programie zamiast kropki był przecinek i nic się nie policzyło. To były bolesne lekcje precyzji i przewidywania.
    
Wejście pierwszych pecetów poprawiło tę sytuację?
    Poprawiły ją nawet już pierwsze małe komputery. Mam na myśli Spectrum i Sinclaira, a potem już radykalnie klony pecetów. One pozwoliły na w miarę spokojne programowanie w tak wówczas znanych językach jak: Fortran, Pascal, Basic, potem doszły programy do obsługi baz danych, arkusze kalkulacyjne. To wszystko wciągało bez reszty.

Może się Pan pochwalić jakimiś znaczącymi efektami prac z tamtego okresu?
    Sporo różnych rzeczy narobiłem. I nie rzecz w tym, by się chwalić, ale na przykład moje programy do analizy dyfrakcji elektronowej do niedawna pracowały w niemieckim Clausthal, Centrum Atomowym w Seibersdorf i Düsseldorfie oraz w Lyonie we Francji.

Co zatem było powodem, że porzucił Pan naukę, odszedł z AGH i zakotwiczył w BPH?
    Pod koniec lat osiemdziesiątych sytuacja nauki stawała się coraz cięższa. Już niewiele w niej można było zwojować w kosztownych zastosowaniach informatyki. Dlatego, gdy po transformacji ustrojowej wydzielono z NBP 9 banków komercyjnych, wśród nich BPH, i dowiedziałem się, że w tym właśnie banku potrzebowano specjalistów od komputerów, złożyłem swoją ofertę. Została przyjęta.

A więc z nauki trafia Pan do nowej branży i zaczyna od specjalisty. Nie ucierpiała na tym Pańska ambicja naukowca?
    To był świadomy wybór. Zdawałem sobie sprawę, że wchodzę w nową, obcą mi problemowo branżę, ale jednocześnie nie miałem wątpliwości, że otwierają się przede mną nowe możliwości wykorzystania posiadanej wiedzy i doświadczenia związanego z zastosowaniem komputerów. Czułem, że angażując się w nową problematykę mam szansę stać się pionierem nowych rozwiązań informatycznych w działalności banku.

Od czego Pan zaczął?
    Od zorientowania się, że bank to wcale nie jakaś tam wielka instytucja. BPH zajmował wówczas jedno piętro budynku przy ulicy Lubicz i dysponował bodaj dwoma komputerami pecetowymi. Natomiast od strony merytorycznej była to od razu bardzo ciekawa praca i wyjątkowe doświadczenie. Zacząłem od współpracy z Bankiem Światowym. Przetwarzałem jego metody oparte o arkusze kalkulacyjne, między innymi niezbędne dla przygotowania oceny inwestycji, biznesplanów dla kredytów z Banku Odbudowy i Rozwoju, Amerykańskiego Funduszu Przedsiębiorczości oraz zajmowałem się rynkowymi metodami wyznaczania naszych bankowych stóp procentowych.
     Nieco później wdrażaliśmy, już na komputerach firmy Wang, polecenia zagraniczne dla ogólnoświatowego systemu rozliczeń SWIFT. W efekcie okazało się, że tak to napędziło roboty, iż ludzie nie nadążali z księgowaniem w bankowych systemach księgowych. Do tego stopnia, że musiałem napisać kilka programów wspomagania obsługi poleceń zagranicznych. Jeden z nich przetrwał nawet kilka lat. Został skasowany dopiero przy okazji problemu roku 2000.

Szybko się Pan wdrożył do bankowości. Jakoś to zauważono?
    Te moje pierwsze dwa, trzy lata pracy jako specjalisty w departamencie zagranicznym, moje programy dla SWIFT pozwoliły przede wszystkim dokładnie poznać pracę banku, szczególnie operacyjną. A czy to zauważono? Chyba tak, zostałem zastępcą dyrektora departamentu operacji zagranicznych, potem też zastępcą dyrektora departamentu operacji komasującym całą obsługę centralną.

Co nie przeszkodziło Panu dalej brać udziału w opracowywaniu nowych rozwiązań informatycznych. Ponoć wdrożyliście niezły pakiet wspomagający obsługę rynku operacji międzybankowych?
    To nam się chyba rzeczywiście udało. Wdrożenie pakietu pozwoliło na powstanie back-office’u uważanego za jeden z lepiej i sprawniej działających w Polsce.

Wcale się nie dziwię, że po tak udanych doświadczeniach i realizacji bankowych rozwiązań informatycznych poczuł się Pan na tyle mocny, że  już w 1995 r.  rozpoczął wdrażanie pierwszego w Polsce kompleksowego, zintegrowanego, centralnego systemu bankowego.
    Dodam, że po 3-letnich negocjacjach przetargowych. Bo dopiero wtedy Zarząd i Rada Nadzorcza zdecydowały o podjęciu ryzyka wdrożenia systemu Profile amerykańskiej firmy Sanchez Computer Associates. Kontrakt podpisaliśmy we wrześniu 1995 roku. Mnie powierzono kierowanie zespołem wdrożeniowym.

A w rok później, mimo początkowej fazy wdrażania systemu, awansowano Pana na członka zarządu. Skąd tak szybkie uznanie?
    Przede wszystkim z uwagi na podkreślenie i podniesienie rangi projektu i całej sfery informatyczno-operacyjnej banku. Była to również akceptacja dla przyjętej realizacji strategii banku i uznania, że jest to dla banku system podstawowy, wymagający restrukturyzacji nie tylko banku, ale również pionów informatyczno-operacyjnych.        
    I wreszcie, skoro ja ten system wdrażałem, to wydawało się oczywiste, że powinienem za to odpowiadać. Stąd awansowanie mnie na członka zarządu.

Wprawdzie wdrażaliście system własnymi siłami, ale trwało to stosunkowo długo.
     Tylko dwa i pół roku przygotowań i konfiguracji, a całość dokładnie 44 miesiące. 18 maja 1998 r. (w urodziny Papieża) ruszył nasz pierwszy nowy oddział obsługiwany przez system w Sandomierzu. Czy to długo? Zważywszy, że taki system to układ nerwowy i zarazem krwiobieg banku, to ten czas wdrożenia nie wydaje się wcale tak długi. Dokonaliśmy dosyć skomplikowanej operacji na żywym organizmie. Trzeba było bowiem przeszkolić ludzi, rozwiązać problemy związane z reorganizacją banku, strukturą oddziału, zakresem stanowisk, zbudować centrum informatyczne i ośrodek zapasowy. Sprawdzić laboratoryjnie, czy to wszystko będzie działać bez zakłóceń. Przecież z założenia miał to być system umożliwiający pracę banku 24 godziny na dobę.
     Dopiero po tych pierwszych doświadczeniach, w dwa miesiące później, w lipcu 1998 r. zaczęliśmy konwersję pozostałych oddziałów. Wszystko w biegu. Bank nie mógł przecież zawiesić działalności. Konwertowane oddziały nie pracowały tylko w piątek i poniedziałek. W tym czasie nasi specjaliści musieli rozwiązywać pojawiające się na żywo ciągle to nowe problemy: z łącznością, z liniami back-up’owymi, ze zgraniem łączności naziemnej z satelitarną. Bo we wtorek to wszystko musiało już działać jako system scentralizowany.  Zapewniam, że w książkach o czymś takim nie sposób było przeczytać.

Może trzeba było skorzystać z pomocy zagranicznych ekspertów?
    W momentach krytycznych, jako odpowiedzialny za wdrożenie, sam miałem takie wątpliwości i rozterki. Ale po tym, co się ostatnio przytrafiło tak doświadczonemu branżowemu gigantowi jestem już spokojniejszy i przekonany, że była to właściwa droga. Wraz z zespołem odczuwamy tym większą satysfakcję, że się to wszystko udało zrealizować samodzielnie, bez paraliżujących perturbacji dla klientów.

Skąd wziął Pan ludzi do tej tak skomplikowanej i pionierskiej roboty?       
    Udało mi się zebrać rewelacyjny zespół. Zarówno analityków, programistów, jaki i speców innych działów informatyki i telekomunikacji oraz obsługujących system. Stworzyliśmy wspólnie niezwykle zgraną grupę. Ci ludzie dali z siebie wszystko. Ich determinacja w szybkim doprowadzeniu do sprawnego funkcjonowania systemu była imponująca. W krytycznym okresie prawie przez dwa tygodnie nie wychodziliśmy z banku.

Z czego wynikała ta determinacja i motywacja do działania?
    Przede wszystkim z wiary w sukces. Motywowała ich wizja, że coś się buduje, tworzy, że to działa, zaczyna służyć ludziom i im pomaga, że rzeczywiście tworzy się i buduje sprawną organizację czy też platformę dla sprawnej organizacji, że jest ona akceptowana przez użytkowników. Choć trzeba też dodać, że nie od razu. Na początku ilość narzekań, niechęci i oporu ludzi przed tym czymś nowym, nieznanym, była gigantyczna. Trzeba to było z mozołem przewalczyć.
     Ale za to dzisiaj mogę z satysfakcją powiedzieć, że największym naszym sukcesem jest właśnie to, że personel banku nie wyobraża już sobie pracy bez tego narzędzia. że jest to system dostosowany do ich potrzeb, że na jego platformie mogą robić duży biznes. No i że po dwóch latach od ostatecznego zakończenia wdrożenia, czyli skonwertowania centrali (czerwiec 1999) ilość obsługiwanych operacji wzrosła o 50 proc., bez zwiększenia zatrudnienia. Wydaje się również, że kolejki w banku też się skróciły. Choć na to może mieć wpływ i to, że połowa operacji obsługiwanych przez BPH jest inicjowana elektronicznie.

Do operacji inicjowanych przez elektroniczne kanały dostępu jeszcze wrócimy. Teraz proszę powiedzieć do jakiego stopnia, Pańskim zdaniem, centralny system bankowy Profile jest otwarty na wzbogacenie nowymi aplikacjami?
    Po tych różnych przejściach, związanych z wdrożeniem systemu, z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że jest to rewelacyjne narzędzie do przygotowania systemu bankowego, w którym, z bankowego punktu widzenia, można zrobić cuda.
    To z jednej strony, z drugiej zaś – jest w tym narzędziu jeszcze dużo niewykorzystanej wiedzy bankowej. Na przykład jest tam wiele metod kalkulacji kredytów, techniki spłat, obsługi rachunków terminowych o periodycznych płatnościach, tzw. oszczędnościowych. Trzeba to tylko umieć zaimplementować w swojej rzeczywistości. Poprawić, wzbogacić, z czymś połączyć, dostosować do swoich potrzeb, co nie po polsku nazywa się kastomizacją. Myśmy takiej kastomizacji dokonali w wielkim zakresie i nasi pracownicy są z takiego narzędzia bardzo zadowoleni. Mało tego, wraz z zespołem widzimy możliwości dalszego rozwoju systemu. Mamy bowiem ambicje ten bank podnieść na jeszcze wyższy poziom technologicznej jakości i sprawności działania operacyjnego.

Co to znaczy, że dalej pracujecie nad rozwojem systemu?
    Dopiero jak skończyliśmy konwersję i ten system zaczął w miarę sprawnie działać, obsługiwać normalne operacje, dopiero wtedy okazało się, co on naprawdę może robić, jak bardzo jest mobilny na podłączenie nowych rozwiązań informatycznych, między innymi w oparciu o Internet. A więc wzbogaciliśmy go o System Bankowości Internetowej BPH Sez@m, BPH SMS (dla szybkich operacji finansowych), BPH WAP (dla szybkiego przeglądania na wyświetlaczu telefonu komórkowego danych finansowych i wykonywania operacji). Wszystkie te kanały dystrybucji kończą się w zintegrowanym systemie centralnym Profile. On je generalnie obsługuje.
    Niektóre z nich, jak transakcje kartami płatniczymi, pracują w czasie rzeczywistym. W związku z tym jesteśmy chyba jedynym bankiem, którego system bankomatowy i autoryzacji transakcji płatniczych jest podłączony bezpośrednio do rachunku i każda transakcja jest autoryzowana wobec aktualnego salda klienta. Nie mamy więc zaledwie kilkusetzłotowych limitów na wypłaty w ciągu dnia.
    Właśnie dlatego, że te systemy są ze sobą zintegrowane, tak jak jest z nimi zintegrowany system płatności międzybankowych ELIXIR i ogólnoświatowych SWIFT. I to wszystko bez udziału ludzi.

Pozostając z szacunkiem dla tej waszej skomplikowanej, tajemniczej i pionierskiej działalności, mam takie pytanie: czy rozpoczęcie prac nad korzystaniem z internetowych usług finansowych ma ekonomiczne uzasadnienie? Z badań wynika, że zaledwie milion internautów jest zainteresowanych takim rodzajem usług.
    System Bankowości Internetowej Sez@m zaczęliśmy wdrażać w połowie 1999 r., mimo nadchodzącego roku 2000 i oczekiwanych z nim problemów. Chodziło o to, by szybko  zaproponować nowe elektroniczne rozwiązania bankowe. Być z taką usługą pierwszym na rynku, a nie wchodzić, jak się już na nim osadzą konkurenci.
     Natomiast co do ilości zainteresowanych taką usługą klientów, to nasze symulacje opłacalności jej wdrożenia oparte były na jednej piątej wymienionej przez pana liczby internautów. I przyznam, mimo że na chłodno kalkulowaliśmy wprowadzenie bankowej usługi internetowej, że wtedy daliśmy się trochę ponieść doniesieniom prasowym o masowej potrzebie Internetu. Ilość klientów rośnie znacznie wolniej niż byśmy sobie tego życzyli. Ale w obecnej sytuacji bardzo kosztownego rozwoju sieci placówek bankowych jest to skuteczna metoda pozyskiwania nowych klientów. Ciągle nie jest to znakomicie droższe od placówki bankowej. A zaletą, że bankowość internetową można rozwijać i ulepszać z jednego miejsca, zajmuje znacznie mniej ludzi, jest łatwiejsza w rozwoju, można nią ogarnąć większą ilość klientów.

Sami opracowaliście system bankowości internetowej?
    Całość aplikacji przygotowaliśmy we współpracy z DRQ, krakowską firmą systemów softwaer’owych. Jest to oryginalne opracowanie DRQ, oni je napisali. My ustaliliśmy formę interfejsu graficznego, funkcjonalność i oczywiście sposób połączenia z naszym scentralizowanym systemem bankowym. Jest to o tyle ważne w transakcjach, że nie musimy wysyłać żądania klienta do oddziału, w którym prowadzimy jego rachunek, bo my to wszystko mamy w scentralizowanym systemie. Nie w centralnej bazie klientów, tylko właśnie w naszym scentralizowanym systemie bankowym.

A jak sobie radzicie z bezpieczeństwem wirtualnych operacji bankowych? Rodzą one obawy przed utratą zgromadzonych środków.
    W przypadku Sez@mu firma DRQ dostarczyła zaawansowaną technologię związaną z bezpieczeństwem transmisji, z identyfikacją i autoryzacją klienta opartą o infrastrukturę kluczy elektronicznych, algorytmy RSA i 3DES (1024 bity) i całość szyfrowaną 128-bitowym protokołem SSL. My z kolei zrobiliśmy interfejs do scentralizowanego systemu Profile i w ten sposób obsługujemy w nim zlecenia, które przychodzą z Internetu.
     To samo zrobiliśmy z systemem kart płatniczych, dla którego z firmą DRQ przygotowaliśmy bardzo sprawny system dla generowania kart i ich rozliczania, też połączony z systemem głównym. Po to, by nie wpisywać wielokrotnie danych klienta i móc korzystać ze scentralizowanej bazy danych w systemie Profile.

Już wcześniej uzyskałem Pańską, nader pozytywną, ocenę wdrożonego przez BPH scentralizowanego systemu bankowego Profile. Ale niebawem sformalizuje się nowa sytuacja, nastąpi fuzja BPH z PBK. Inwestorzy strategiczni obu tych banków, Bank Austria i HypoVereinsbank, bardzo na wdrożeniu systemu Profile skorzystają. Dzięki waszemu ogromnemu doświadczeniu będą mogli płynnie połączyć oba banki, bo PBK jest w trakcie docierania tego samego systemu informatycznego. To z jednej strony, ale z drugiej, czy nie obawia się Pan, że ta fuzja może również doprowadzić do zaprzepaszczenia waszego dorobku i doświadczenia? Może się zdarzyć, że pociągnie za sobą unifikację struktur informatycznych z systemem inwestorów.
    Gdyby tak się stało, byłaby to wielka strata dla nas wszystkich. A dla mnie przede wszystkim, ponieważ ci znakomici ludzie, których skupiłem wokół siebie, zaufali mi i dokonali naprawdę niekwestionowanego, ogromnego dzieła. Byłoby to zaprzepaszczenie wielkiego doświadczenia, oddania dla sprawy, zapału i kwalifikacji ludzi, którzy tak wielkim wysiłkiem wdrożyli i dopracowali naprawdę sprawny i bezpieczny scentralizowany system bankowy.
    Jednocześnie mam świadomość, że to, co zrobiliśmy to tylko wizja ludzi naszego banku (BPH), naszych informatyków i moja osobiście, i że ona powinna się zgadzać ze strategią inwestora, który może mieć całkiem inne zdanie co do kierunków rozwoju tego banku i ludzi, którzy powinni ten rozwój prowadzić. Inwestor ryzykuje w końcu swoje, duże pieniądze.

Chyba nie chce Pan przez to powiedzieć, że wybiera się na zasłużony wypoczynek?
    W żadnym wypadku. Nie zwolniliśmy jeszcze tempa rozwoju naszego banku. Śmiem nawet twierdzić, że z tymi ludźmi, najlepszymi na świecie, wiele jeszcze dokonam. Jesteśmy teraz dużo lepsi i sprawniejsi, jesteśmy zdecydowanie mądrzejsi i bogatsi o wiedzę bankową i wiemy, jak efektywnie wspomagać bankową działalność o systemy informatyczne. Zdobyliśmy to doświadczenie własnymi rękami, niejednokrotnie na bolesnych lekcjach. Wierzę, że nikomu nie przyjdzie do głowy tego zaprzepaścić.

Wobec tego nie kraczmy. Ale na wszelki wypadek, trawestując znane powiedzenie, zakończę naszą rozmowę wirtualnym apelem: nie wylewajmy tak świetnie rozwijającego się dziecka z kąpielą. 

(czerwiec 2001)

dodano: 2012-01-05 16:06:20