Chcesz otrzymywać najnowsze wiadomości
Wydarzenia
Człowiek pozytywnie zakręcony

Z LEONEM WAWRENIUKIEM, wiceprezesem AgroBiznesKlubu
rozmawia Marian Grzesik



Polska wieś była i jest bardzo zróżnicowana – biedna i bogata. Tak jak historycznie status szlachcica i chłopa różnił się zasadniczo. Dopiero podczas insurekcji kościuszkowskiej oddano chłopom szacunek. „Żywią i bronią”, ta widoczna na sztandarach kosynierów dewiza podkreślała ich rolę i znaczenie nie tylko w ruchach niepodległościowych. Potem znowu było różnie. Najpierw reforma rolna, pegeery i nieefektywne karłowate gospodarstwa. A po transformacji ustrojowej, w latach  dziewięćdziesiątych, polska wieś znowu usłyszała: radźcie sobie sami. Na szczęście, sobie radzi. Niektórzy nawet bardzo dobrze. I dobrze, że znajdują się tacy, którzy  dostrzegają te niezwykłe efekty chłopów, rolników i firm związanych z rolnictwem  i z pasją propagują ich osiągnięcia. Tak jak Leon Wawreniuk, o którym opowiemy  w rozmowie obok. O tym co miało wpływ na taką jego postawę i o tym ile dobrego może zrobić zaangażowanie i pasja pojedyńczego człowieka – oczywiście wspieranego przez innych takich, jak on zapaleńców – dla integracji i motywowania do równania  do najlepszych całego środowiska rolno-spożywczego.  


Marian Grzesik:
Panie redaktorze, wiceprezydencie AgroBiznesKlubu, kultywatorze agrobiznesu, która z funkcji jest Panu najbliższa?


Leon Wawreniuk:
Pozostańmy może przy redaktorze…

Zatem, Panie redaktorze, pochodzi Pan ze wsi, mieszka w Warszawie i działa na rzecz środowiska, z którego się wywodzi – nigdy nie wstydził się Pan swojej chłopskości?
     Wręcz przeciwnie. Zawsze z dumą podkreślam swój związek z wsią i ją wspomagającym otoczeniem.

Marian Pilot, pisarz reprezentujący w polskiej literaturze nurt chłopski mówi, że wsi nienawidził.
     Jest starszy, więc rozumiem jego wcześniejsze odczucia, ale wieś, szczególnie po akcesji do Unii Europejskiej naprawdę się zmienia, jest nie do poznania.

Jaka była ta Pańska wieś w młodości?

     Podlaska, do tego prawosławna, nie najbogatsza, ale pracowita. Blisko 70 drewnianych, krytych strzechą zagród rozsianych wokół ulicówki. Na wielu stodołach bocianie gniazda. Pilipki, bo tak się nazywa moja wieś rodzinna, były, używając dzisiejszej terminologii, wsią ekologicznie czystą, z czteroklasową szkoła podstawową i świetlicą. Ojciec Jan był w niej przez 30 lat sołtysem, społecznie, z dużą ilością obowiązków. Z tego, co pamiętam, dostawał tylko parę złotych za wypisanie świadectwa pochodzenia zwierząt. W pracy w gospodarstwie, dzielnie ojcu pomagała matka, imieniem Luba. Ona również miała wyjątkowe zacięcie do prac społecznych. Pomagałem rodzicom w gospodarstwie, jak tylko potrafiłem. Ale moi rodzice, tak jak inni, do roboty od małego nie gonili. Na pierwszym planie była bowiem szkoła i nauka. Obowiązkiem wszystkich rodziców było dowożenie wszystkich wiejskich dzieci do sąsiedniej wsi Zubowo w celu dokończenia szkoły podstawowej.

Czy społeczna aktywność rodziców jakoś przekładała się również na Pańskie zachowanie i potrzebę pomagania innym?
     Jak najbardziej. Nie bez powodu mówi się, że czym skorupka za młodu nasiąknie, na starość jak znalazł. Ale wyraźniej było to widać dopiero w szkole średniej, w Bielsku Podlaskim, gdzie zacząłem się stopniowo wciągać w organizację różnych działań społeczno-sportowych.

Nie cierpiała na tym nauka?

     Ukończyłem LO nr 2 w Bielsku Podlaskim w szóstce najlepszych uczniów, bez żadnej trójki, na cztery klasy maturalne.

Wybrał Pan studia rolnicze w Warszawie. Dlaczego melioracja? Albo, dlaczego nie inna uczelnia, skoro był Pan dobry ze wszystkiego?
     Jako dziecko napatrzyłem się na to, ile dobrego mogą zrobić w rolnictwie melioranci. W mojej wsi w latach sześćdziesiątych przeprowadzono na dużą skalę drenowanie gruntów. Zrazu wieś w swojej masie nie była temu chętna, ale po kilku latach – kiedy można było wjechać na pole tam, gdzie miesiącami przedtem stała woda i gdy plony raptownie skoczyły – odczuła dobrodziejstwo melioracji.
    Melioracja na warszawskiej SGGW to był kierunek, po którym absolwentów dosłownie rozchwytywano.  Z uwagi na zdobytą  uniwersalną wiedzę z zakresu wodociągów, kanalizacji, hydrobudowy i melioracji. Ale praktycznie umieli oni również zaprojektować dom, drogę, most. Może to przesądziło o moim pójściu na meliorację… A może to, że autorytetem dla mnie był mój wujek Mikołaj, profesor SGGW, wybitny łąkarz.

No to dlaczego się Pan w tej zawodowej działalności nie realizował, tylko zaraz po obronie pracy magisterskiej – zamiast do pracy – skierował swe kroki na podyplomowe studia dziennikarskie?
     Na melioracji, już na I roku, zacząłem intensywnie działać w organizacji studenckiej. Byłem na wydziale szefem sportu i turystyki. Prowadziłem na Jelonkach sekcję koszykówki, współorganizowałem najprzeróżniejsze rajdy i obozy. Przy okazji musiałem nauczyć się pisania kosztorysów, zabiegów o dofinansowanie itp. Ta działalność coraz bardziej mnie pochłaniała. Uznałem więc, że skoro mam taki dobry zawód, to może warto spróbować jeszcze czegoś innego, stąd wybór padł na dziennikarstwo. Pomyślałem, że w konsekwencji ono też może służyć rolnictwu. Wprawdzie studia dziennikarskie nie specjalnie przygotowały mnie do praktycznego uprawiania zawodu, ale dały szerszy ogląd, bo były na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW.

Po studiach, w 1976 roku, od razu dobrze Pan trafił. Do tygodnika „Nowa Wieś”, poczytnego, wysoko nakładowego, kolorowego magazynu kierowanego do młodych ludzi ze wsi i rolnictwa. 300 tys. ówczesnego nakładu, prawie bez zwrotów, to dzisiaj marzenie wielu tytułów. Od czego Pan zaczął?
     Od stażowania w dziale rolno-ekonomicznym i pod opieką świetnego dziennikarza Leona Bójko. Szybko się też okazało, że ta praca bardzo mi przypadła do gustu. Uważam, że robiliśmy w „Nowej Wsi”, pod kierunkiem Kazia Długosza – redaktora naczelnego, dobrą robotę informacyjno-organizatorsko-propagatorską. Mieliśmy dobry dział reportażu i fotoreportażu. Przez redakcję przewinęło się wielu świetnych dziennikarzy. Co też ważne, w tamtym czasie, gdy funkcjonowała cenzura, mieliśmy w redagowaniu trochę więcej luzu. Mogliśmy pisać  ostrzej i więcej niż inni. To nie było jednak pismo wiernopoddańcze. Być może ze względu na adresata, młodszą społeczność wiejską. I oczywiście wykorzystywaliśmy tę sposobność.
     Ale poza tym organizowaliśmy niezliczoną ilość przedsięwzięć i konkursów aktywizujących społeczność wiejską i małomiasteczkową. Duży odzew i aprobata dla naszych działań dawała ogromną satysfakcję i była inspiracją do dalszej pracy. To u nas w redakcji odrodził się Związek Młodzieży Wiejskiej, niezbyt mile widziany przez ówczesne władze.

W trakcie pracy w redakcji miał Pan możliwość przyjrzenia się też rolnictwu w innych krajach. Jak wypadła konfrontacja?
     Dzięki Stowarzyszeniu Inżynierów i Techników Rolnictwa i amerykańskiej Fundacji 4H udało mi się w 1978 r. pojechać na praktykę na rodzinnej farmie amerykańskiej, w stanie Ohio. Wprawdzie po perypetiach, bo strona amerykańska kwalifikowała tylko praktyków, a ja formalnie byłem dziennikarzem, ale udało się ich jakoś przekonać moim wykształceniem zawodowym.
     A już na miejscu, pierwsze zaskakujące wrażenie, to bardzo dobra organizacja pracy i wysoka wydajność. Ponad 100 krów dojnych obsługiwał farmer i dwóch jego małoletnich synów, którzy pomagali mu przed odwiezieniem do szkoły. No i ja praktykant z Polski. A produkcja mleka była tylko o połowę niższa niż w 70 gospodarstwach w mojej wsi, w których na co dzień harowało blisko 200 osób.
     Moją tam uwagę zwróciły również dwie inne rzeczy. Duża ilość przychodzących, darmowych materiałów informacyjnych i pism fachowych oraz spontanicznie organizowane spotkania farmerów. Oni zdzwaniali się na tak zwane pikniki farmerskie. W określonym miejscu zjeżdżało się towarzysko nawet do 100 rodzin, na 5-6 godzin, bo na więcej nie pozwalała specyfika farm mlecznych. Podczas spotkań wymieniano doświadczenia, jedzono specjały przygotowane przez żony farmerów, które na co dzień tego nie robiły, bo wszyscy przyzwyczajeni byli już do jedzenia gotowych produktów. Te pikniki, to z jednej strony była swoista forma zabawy i rekreacji, a z drugiej integracja i wymiana poglądów. I jeszcze jedno. Intrygowało mnie ich ciągłe inwestowanie i unowocześnianie produkcji. Mój farmer, jak przyjechałem, miał 150 tys. dolarów kredytu, a jak po blisko 8 miesiącach wyjeżdżałem 280 tys. No bo dokupił ziemię, krowy i urządzenia.
 
Te obserwacje i doświadczenia dało się jakoś wykorzystać po powrocie do kraju?
     Wróciłem do redakcji więc tylko przez pisanie i uświadamianie na spotkaniach z rolnikami.

Czyli do końca wydawania „Nowej Wsi”, w której awansował Pan na zastępcę redaktora naczelnego?  
     Awans i 14 lat pracy w redakcji, do zamknięcia tytułu, w ówczesnych warunkach społeczno-gospodarczych nie miało większego wpływu na efektywność gospodarowania i funkcjonowania rolnictwa. Tym bardziej, że po transformacji ustrojowej wieś i rolnictwo zostało pozostawione samo sobie.

Siłą zmian Pan też został pozostawiony sam sobie. Bardzo bolało?

     W pierwszym momencie odczułem małe tąpnięcie, ale wiejski rodowód, trochę doświadczenia zagranicznego i gospodarka wolnorynkowa dały mi kopa do wreszcie efektywnego działania. Od razu przystąpiłem do realizacji drzemiących pomysłów. Oczywiście, na styku dziennikarstwa, wsi i rolnictwa.

„AgroBazar”?
     Tak. To był mój autorski pomysł. Ten miesięcznik, w formule gazetowej, wspólnie z kolegami zaczęliśmy wydawać w 1991 r.  Najpierw przez pół roku przygotowywaliśmy ponad 100 tys. adresów teoretycznie najlepszych polskich rolników. A następnie, dzięki pomocy Tomasza Polkowskiego – szefa Polsko-Amerykańskiej Komisji Humanitarnej ds. Pomocy Polskiemu Rolnictwu udało się pozyskać środki na 3 miesiące darmowej wysyłki „AgroBazaru” do tych rolników. Informowaliśmy w nim i dodatkowym liście, że mogą dalej otrzymywać to pismo, pod warunkiem, że będą opłacać symboliczne koszty wysyłki rocznej. Odpowiedziało pozytywnie kilkadziesiąt procent adresatów. Przy okazji zaczęły przychodzić listy od innych rolników, którzy prosili o przesyłanie pisma, bo argumentowali, że nie są gorsi od sąsiadów.
     Pismo od samego początku miało charakter pozytywistyczny, wyłącznie informacyjno-gospodarczy, z założeniem, że ani grama polityki, bijatyki, tylko samo pokazywanie dobrych przykładów. W ten sposób chcieliśmy pobudzać innych do stania się takimi również. Robiliśmy to poprzez ich opisywanie i konkursy.

Na przykład na Agrobiznesmena Roku. Niektórych laureatów też opisywaliśmy w „Prestiżu”.
     Z całą pewnością byli tego godni. Agrobiznesmen Roku stał się naszym flagowym  konkursem. Jego atrybut, uroczyście wręczana szabla oficerska, dla laureatów konkursu znaczyła bardzo wiele – symbolizowała honor, zaszczyt i społeczne uznanie dla ich gospodarczych osiągnięć. Tym bardziej, że do konkursu rekomendowali ich autorytety związane z rolnictwem i agrobiznesem. Od 5 lat konkurs nosi nazwę Agroprzeprzedsiębiorca RP i jest organizowany przez redakcję Magazynu Ludzi Przedsiębiorczych „Agro”, którego syn Marcin jest nominalnie redaktorem naczelnym, a żona Elżbieta wydawcą.   
     Konkurs rozgrywany jest w pięciu kategoriach: Wybitny Agroprzedsiębiorca RP, Wzorowy Agroprzedsiębiorca RP, Zasłużony Promotor Agrobiznesu RP, Innowator Agrobiznesu RP oraz Agroprzedsiębiorca Wszechczasów RP. A symbolami nagród są odpowiednio: buzdygan, szable oficerskie (w dwóch kategoriach), kordzik i szyszak.

A co miał na uwadze organizowany do dzisiaj konkurs Agroliga?
     To kolejny autorski pomysł konkursu z czasów „AgroBazaru”, organizowany obecnie przez Redakcję Audycji Rolnych I Programu TVP i Stowarzyszenie AgroBiznesKlub, mający za zadanie promować najlepszych rolników i firmy regionalne z obszaru rolnictwa i agrobiznesu. Też jest oparty na systemie rekomendacji. Najpierw, na szczeblu wojewódzkim ośrodki doradztwa rolniczego robią nabór, a wydawane przez nie periodyki portretują najlepszych. Podczas uroczystego ogłaszania wyników honory laureatom oddają władze wojewódzkie. To dla nich bardzo ważne i zarazem podnosi rangę konkursu.
     Następnie zwycięzcy ze szczebla wojewódzkiego stają do rywalizacji na szczeblu krajowym. Honorowy Patronat nad konkursem ma zawsze Minister Rolnictwa i Rozwoju Wsi oraz Prezesi Agencji Rynku Rolnego, Agencji Modernizacji i Rozwoju Rolnictwa i Prezes TVP. Od kilku lat Patronat Honorowy nad Galą AgroLigi sprawuje Prezydent RP i jest jej faktycznym gospodarzem. Gala AgroLigi odbywa się z osobistym udziałem Głowy Państwa, albo w Belwederze, albo w Pałacu Prezydenckim, albo – jak w ostatnich dwóch latach – w Ogrodach Pałacu Prezydenckiego. To zawsze wielkie wydarzenie i wielka nobilitacja dla zwycięzców AgroLigi, w którym zawsze gromadzi kilkaset osób: laureatów aktualnej i poprzednich edycji konkursu, członków ich rodzin i współpracowników, doradców rolnych i przedstawicieli nauki rolniczej oraz licznych przedstawicieli mediów branżowych i nie tylko.

Wymienił Pan nazwę: Stowarzyszenie AgroBiznesKlub, czy to też Pański pomysł? Jest Pan jego wiceprezydentem.
     Przed kilkunastu laty rzuciłem takie hasło wobec laureatów organizowanych konkursów. Z miejsca zyskało aprobatę, zostało zarejestrowane i działa z powodzeniem. Bardzo rzutkim prezydentem Stowarzyszenia AgroBiznesKlub jest Maciej Paradowski, zaś przewodniczącym Rady Roman Jagieliński, były wicepremier i minister rolnictwa.

Co głównie przyświeca Panu w organizacji tych i innych konkursów? Bo poza wymienionymi są jeszcze inne, na przykład Ludzie AgroSukcesu czy Kwatera na Medal.
     Przede wszystkim jest to promocja działań i osiągnięć ludzi pracujących w szeroko rozumianym sektorze rolno-spożywczym. Ich niezwykłe rezultaty zasługują na to, by o tym mówić i szeroko propagować. Bo ich osiągnięcia nie powstały w wyniku zasług politycznych i gębowania, tylko ciężkiej pracy i innowacyjnego gospodarowania. To są ludzie czynu, którzy mieli odwagę być pionierami postępu. To oni zaryzykowali preferencyjne kredyty i dobrze wykorzystali pomoc unijną. Teraz mają znakomite warsztaty, których zazdroszczą im nawet farmerzy z krajów wysoko rozwiniętych.
     Organizacja konkursów, to również sposób na pobudzenie zdrowej rywalizacji wśród najlepszych. Na przykład konkursu AgroLigi zazdroszczą nam w innych krajach unijnych. W żadnym kraju poza Polską nie ma takiego rodzaju propagowania osiągnięć. Stąd też sygnały, czy nie można tego sposobu promocji przenieść na szczebel unijny. W efekcie laureaci naszych konkursów są obiektem „najazdów” wycieczek zagranicznych ze starych krajów Unii. Przybysze są zdumieni wysokim poziomem odwiedzanych gospodarstw oraz agrofirm, i to w bardzo specjalistycznych branżach. Nie ukrywają wręcz, że to dla nich poważny kłopot. Ale u nas się tego nie docenia. Trudno namówić media do informowania o pozytywnych przykładach osiągnięć gospodarczych.
     Na bazie tych konkursów pojawia się jeszcze jeden ważny element. Integracja najlepszych z całego kraju. Przy okazji uroczystości z tym związanych mają oni możliwość wzajemnego się poznania, wymiany doświadczeń i współpracy. Szerokie omówienie i zilustrowanie  tych uroczystości na łamach „Agro” daje też tym ludziom dodatkową satysfakcję, upamiętnia efekt uznania i dowartościowania. Oni czują się również docenieni przez fakt przebywania w miejscach oficjalnych, do których – gdyby nie konkursy – nie mieliby wejścia, oraz gratulacjami od najważniejszych osób w państwie.

Jednym z elementów integracji jest nowa inicjatywa „Agro” i Stowarzyszenia AgroBiznesKlub – ogólnopolskie AgroZajazdy.
     Istotnie. Choć w mniejszym rozmiarze tego typu agrospotkania funkcjonowały już wcześniej. Od ubiegłego roku mają już zorganizowany wymiar. Ten pierwszy nazwaliśmy AgroZajazd na Podlasiu, bo tam się spotkaliśmy. Zaprosiliśmy 250 osób. Samą elitę rolniczo-agrobiznesową, przedstawicieli instytucji i organizacji rolniczych oraz władz wojewódzkich. Przez dwa i pół dnia „agrozajazdowicze” mieli również sposobność zwiedzania regionu, przyglądania się doświadczeniom i osiągnięciom innych, wzajemnego poznawania i nawiązywania partnerskich kontaktów. Ma się rozumieć, że był również czas na zabawę, jedzenie i nie wylewanie za kołnierz. 
     W tym roku na podobnych zasadach organizujemy AgroZajazd na Kujawach. W dniach 23-25 sierpnia znowu spotkają się laureaci naszych konkursów, by towarzysko podzielić się swoimi doświadczeniami i w biesiadnej atmosferze docenić osiągnięcia kolegów.
    Mało tego, ta inicjatywa spodobała się na tyle, że ma swoje oddolne odbicie. W lipcu tego roku – na wzór ogólnopolskiego – rolnicy Elżbieta i Wojciech Pysiak, Mistrzowie Krajowi AgroLigi 2008 zorganizowali z wielkim rozmachem i pomysłowością w rodzinnym Zdziechowie i w okolicach regionalny AgroZajazd na Mazowszu. Z tego trzeba tylko się cieszyć.

Wspomniał Pan, że niektórzy z laureatów, ze względu na specyfikę rodzaju działalności, nie zawsze mogą skorzystać z zaproszenia i uczestniczyć w tego rodzaju integracji. Dlaczego?
     To poważny problem, zwłaszcza dla hodowców bydła mlecznego. Dojenie krów to proces ciągły, odbywa się dwa, trzy razy dziennie. Wymaga niezwykłej staranności i odpowiedzialności, ponieważ te zwierzęta to bardzo wydajne i jednocześnie najcenniejsze dla rolników dobra. A na wsi brakuje ludzi i nie można dojenia zostawić zwykłym pracownikom. Tym bardziej, jeśli właściciele zainwestowali w bardzo kosztowne roboty. Dzisiaj w Polsce pracują już 102 roboty udojowe. Jeden taki robot może obsłużyć mniej więcej 60 krów.

Byłem na AgroZajeździe na Podlasiu i odniosłem wrażenie, że te Pańskie ciągle nowe inicjatywy mają pełne uznanie i poparcie uczestników, jakby nie było wielu z nich to potężni agrobiznesmeni i najlepsi rolnicy w kraju. Za to ich zespalanie, w dowód wdzięczności, nawet odśpiewali Panu sto lat. Pan nie pozostał im dłużny i odwzajemnił się wręczeniem, przez przedstawicieli władz centralnych i wojewódzkich, Świadectw Wierzytelności Czynienia Dobra Ogólnego. Co to takiego?

     Z wcześniejszych spotkań z laureatami, na różnego rodzaju przez nich samych organizowanych piknikach, takich na wzór amerykański, zauważyłem, że ci ludzie są z natury agrozakręceni. Na swój użytek nazwałem ich więc Agrokręgiem Ludzi Pozytywnie Zakręconych. Stąd wzięła się koncepcja wspomnianego przez Pana świadectwa. I ono się przyjęło. Na przykład na Podlasiu, jak się z różnej okazji spotykają, nawet nieformalnie, to ci członkowie Agrokręgu, przywożą owe świadectwa, jako znak rozpoznawczy. Zostało już nimi uhonorowanych blisko 180 osób i dwie instytucje. Na Kujawach wręczymy następnych kilkadziesiąt.

Słuchając tych z pasją opowiadanych przez Pana działań i pochwał pod adresem  rolników i agroprzedsiebiorców, nasuwa się podobna ocena Pańskiej postawy – agrozakręcony.
    Na zakończenie chciałbym, abyśmy się jeszcze na chwilę zatrzymali przy dwóch Pańskich ostatnich inicjatywach. Jako pierwszą weźmy Kwatery na Medal.
     To pomysł z myślą o popularyzacji agroturystyki. W kraju mamy tysiące gospodarstw agroturystycznych, z tego wiele na profesjonalnym poziomie. One mogą dać więcej przysłowiowemu turyście niż najbardziej nowoczesne kompleksy hotelowe. Przede wszystkim obcowanie z czystą przyrodą, rolnictwem i zwierzętami. To gwarancja spokoju i wyciszenia dla zagonionych i zestresowanych ludzi z miasta. To nadzwyczaj przyjazny stosunek gospodarzy, serwowana przez nich wyborna tradycyjna kuchnia i wreszcie bardzo przystępna cena. Osobiście, wraz z małżonką, od kilkunastu lat nie korzystamy z innej formy wypoczynku.
     Jedyny warunek tego niesformalizowanego propagowania gospodarstw agroturystycznych, to konieczność posiadania przez nie strony internetowej. Po to, by można było sprawdzić ich ofertę i w razie akceptacji zadzwonić i zarezerwować pobyt. Najlepsze kwatery są prezentowane w „Agro” i portalu AgroNews oraz nagradzane „mądrymi sówkami” podczas wielu organizowanych uroczystości i imprez agrobiznesowych.

Druga inicjatywa jest znacznie bardziej spektakularna. Odbywa się bowiem w Warszawie i to w Pańskim studenckim mateczniku – Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, w jej najbardziej reprezentatywnym miejscu, Auli Kryształowej. Mowa o Konfrontacjach „Drogi do AgroSukcesu”. Zainagurowana została podczas ubiegłorocznej Noworocznej Gali Agrobiznesu. Osobiście słyszałem, jak obie magnificencje rektorzy uczelni, były i obecny, dziękowali Panu za tę inicjatywę.
     Najogólniej, pomysł miał na względzie, by najlepsi polscy agroprzedsiębiorcy, laureaci naszych konkursów, mieli możliwość wymiany swoich praktycznych doświadczeń z naukowcami oraz, by mogli też przekazać swoja bogatą praktyczną wiedzę z zakresu rolnictwa i agrobiznesu studentom. Na tej podstawie zrodziła się między nimi wzajemnie owocna współpraca.
    Zachęceni życzliwym przyjęciem, z jakim spotkali się wybitni  praktycy polskiego agrobiznesu i rolnictwa, podczas tegorocznych Konfrontacji postanowiliśmy pójść dalej. Mianowicie – najlepszych w kraju rolników i agroprzedsiębiorców skierowaliśmy na spotkania ze studentami i naukowcami na wybranych wydziałach. To wypaliło nad podziw. A wszyscy nasi prelegenci zostali uhonorowani okolicznościowymi statuetkami, zaś debiutanci otrzymali Certyfikaty Wierzytelności Praktyk Biznesowych sygnowane przez rektora prof. Alojzego Szymańskiego i byłego rektora, prof. Tomasza Boreckiego, aktualnego doradcę Prezydenta RP.
   
Jak na jedną rozmowę i ograniczoną ilość miejsca, już dosyć tych pasjonujących pomysłów. Panie redaktorze, ma Pan swoje lata, nie czas na emeryturę?
     Na pewno czas na… koszykówkę. Właśnie zaraz biegnę na trening. Musi Pan wiedzieć, że ja od szkoły średniej gram w kosza, i to coraz z młodszymi adeptami tego sportu. A przez kilkanaście sezonów prowadziłem przy redakcji drużynę, która rządziła w Warszawie, zdobywając aż 10 tytułów mistrza i 5 wicemistrza w popularnej w stolicy amatorskiej lidze UNBA.

Zaraz Pan pobiegnie, ale też wiem, że Pan nie odpuści dalszego promowania i integrowania środowiska agrobiznesu.
     Proszę pana, pan też by nie odpuścił, gdyby miał pan możliwość obserwowania i propagowania tak wspaniałych ludzi, jak choćby Sergiusz Martyniuk z Pronaru w Narwi, który z kupionego upadłego POM-u, w ciągu ponad 20 lat zbudował jedną z najnowocześniejszych firm w branży maszyn rolniczych, i to w Europie, i który zatrudnia ponad 2000 pracowników, a więc daje ich rodzinom utrzymanie. Jak Jerzy Wilczewski ze wsi Białousy koło Sokółki, jeden z najbardziej znanych rolników w Europie. Jego gospodarstwo ogrodnicze specjalizuje się w uprawie borówki amerykańskiej i w okresie zbiorów pracują w nim tysiące ludzi. Jak Marian Ilnicki, od ponad 50 lat prezes Agrofirmy Witkowo, największego i najbardziej nowoczesnego w Polsce zakładu rolnoprzemysłowego. I co ważne, ci wielcy przedsiębiorcy pozostali normalnymi ludźmi. Takich przykładów mógłbym mnożyć…

Rzeczywiście, obcowanie z takimi pionierami wielkiego agrobiznesu może nakręcać do dalszej niestrudzonej pracy na rzecz propagowania ich osiągnięć i tym samym motywowania innych do podobnego wysiłku. A co przeszkadza?
     Przede wszystkim zazdrość innych, że się im chciało, że osiągnęli sukces. Choć powoli to się też w Polsce zmienia. W mojej działalności chodzi właśnie o to, by ci, którym się udaje, byli wzorem dla innych. Ale, by tak się stało, trzeba to szeroko nagłaśniać. A co obserwujemy w tych rzekomo opiniotwórczych i rozsiewczych mediach. Dominują, niestety, skandale, afery, przekręty, po prostu klęska. Jeśli odbiorcą tych wiadomości jest szczególnie młody człowiek, to nieustannie karmiony takimi negatywami, skąd ma czerpać wzorce do naśladowania. Najłatwiej jest przypiąć komuś łatę, skrytykować, zbluzgać i niech się tłumaczy. To jest obrzydliwe i szkodliwe. Jako człowiek z branży nie tak pojmuję czwartą władzę.
     A naprawdę mamy się czym chwalić. I nie w imię niegdysiejszej propagandy sukcesu. Nasze przetwórstwo mleka jest dziś na trzecim miejscu na świecie pod względem zaawansowania technologicznego. W ostatnich kilkunastu latach zmodernizowaliśmy niesamowicie nasze mleczarnie. Mamy najnowocześniejsze urządzenia, opakowania na światowym poziomie, no i najwyższą jakość produktów. Bez żadnych kompleksów możemy więc pokazywać się na całym świecie.    
    W stosunkowo krótkim czasie dokonaliśmy tego, na co inni pracowali bez mała całe wieki. I co najważniejsze z gospodarczego punktu widzenia: mamy dodatni bilans w handlu żywnością, bo aż jedną czwartą naszej żywności eksportujemy.

Panie redaktorze wylał Pan trochę uzasadnionej goryczy na kolegów z branży. Nie chciałbym, by nasza rozmowa zakończyła się krytycznym akcentem, skoro zajmujemy się pozytywami i reputacją polskiej gospodarki. Poproszę więc o kilka słów o czekającym was – mam już teraz na myśli AgroBiznesKlub i laureatów waszych konkursów – dużym wysiłku, jakim jest przygotowanie Gościńca Dożynkowego na Dożynkach Prezydenckich w Spale, podczas których, 16 września br., będziecie musieli  przyjąć i ugościć ponad tysiąc gości Pary Prezydenckiej.
    Rzeczywiście, to duże wyzwanie i jeszcze większa odpowiedzialność. Przypomnę, że do przedwojennych tradycji organizowania Dożynek Prezydenckich w Spale postanowił wrócić Prezydent RP Aleksander Kwaśniewski. Wpływ na tę decyzję miał również Roman Jagieliński, nasz obecny przewodniczący Rady AgroBiznesKlubu.
    Natomiast coroczna organizacja Gościńca Dożynkowego to domena naszego prezydenta ABK Maćka Paradowskiego, oczywiście w ścisłej współpracy z Kancelarią Prezydenta RP, ja jestem w tym przypadku tylko skromnym pomocnikiem. I choć nie jest to łatwe zadanie – zgromadzić pod wielkim namiotem naraz kilkudziesięciu wystawców, którzy potrafią godnie podjąć Parę Prezydencką i tylu znacznych gości – nam i naszym partnerom, wybranym firmom spożywczym i gospodarstwom rolnym, to się co roku udaje.
    A po dożynkach, jest jeszcze jedna uroczystość, w Pałacu Prezydenckim, Kancelaria Prezydenta w sposób symboliczny dziękuje wszystkim, którzy przyczynili się do ich dobrej organizacji. My i nasi wypróbowani partnerzy z Gościńca Dożynkowego też jesteśmy zapraszani i też nam się publicznie dziękuje. To dla nas największa z możliwych satysfakcja. (8.VIII.2012)

Fot. Archiwum "Agro"



 

dodano: 2012-09-04 17:10:34