Chcesz otrzymywać najnowsze wiadomości
Wydarzenia
Cuchnący gazociąg

Eugeniusz Możejko


„Odkrycie” kabla światłowodowego, rzekomo nielegalnie położonego wzdłuż gazociągu jamalskiego, rozpętało aferę mającą posmak nie tylko skandalu, ale wręcz spisku przeciw bezpieczeństwu państwa. Badaniem sprawy zajęła się komisja rządowa pod kierownictwem ministra łączności Tomasza Szyszki. Komisja zakończyła prace, zgłosiła stosowne wnioski, ale sprawa jest nadal daleka od wyświetlenia.


Przypomnienie

Pracująca od 17 listopada ub.r. komisja z miejsca poczyniła na tyle alarmujące ustalenia, że skłoniło to jej przewodniczącego do napisania listu do ministra spraw zagranicznych Władysława Bartoszewskiego, ostrzegającego o grożących krajowi niebezpieczeństwach. Wynikało z nich – po pierwsze – że kabel został położony bez wiedzy odnośnych władz (z pominięciem struktur państwa polskiego – według określenia autora listu), po drugie zaś, że jego przepustowość daleko wykracza poza potrzeby technicznej obsługi samego gazociągu. Dalej minister oskarżał inwestora o chęć pozbawienia państwa udziału w zyskach z komercyjnej eksploatacji kabla.
    Na tym jednak nie koniec:
„(...) Gdyby udało się połączyć linię Gazpromu (tak pisał minister Szyszko) ze światłowodową siecią szkieletową Polski, to operacja ta umożliwiłaby przejęcie przez tę firmę rynku przesyłu danych, indywidualnych użytkowników Internetu, telefonii tradycyjnej, sterowania energetyką i innych dziedzin związanych z teleinformatyką. Oznaczałoby to nie tylko eliminację polskich podmiotów gospodarczych zajmujących się podobną działalnością, ale i poważne zagrożenie bezpieczeństwa państwa, gdyż kontrola nad całością danych przepływających przez taką sieć znalazłaby się w rękach rosyjskich” (cytat za „Rzeczpospolitą” z 24 listopada ub.r.).
    Ostateczne ustalenia komisji Szyszki (zawarte w tajnym raporcie, niezwłocznie omówionym przez doskonale poinformowaną „Rzeczpospolitą”) nieco oddramatyzowały problem światłowodu. Okazało się, że położono wprawdzie nie taki, jak przewidywało porozumienie między Polską a Rosją, ale bez naruszenia prawa (pozostaje niewyświetloną tajemnicą, jak to było możliwe). Komisja stwierdziła też, że – przynajmniej formalnie – właścicielem groźnego światłowodu nie jest bezpośrednio Gazprom, tylko dobrze skądinąd znana polsko-rosyjska (czy jak kto woli – rosyjsko-polska) spółka EuRoPol Gaz.
    To wszystko nie uwolniło EuRoPol Gazu od oskarżenia o zamiar pozbawienia  państwa „władztwa” nad światłowodem, a pośrednio nad gazociągiem. W raporcie zarzucono mu, że jako jego formalny właściciel podpisał on 28 września i 9 listopada 2000 r. umowy o dzierżawę sieci telekomunikacyjnej gazociągu z prywatną spółką PolGaz Telekom, przez co sieć ta utraciła status sieci wewnętrznej, a stała się publiczną. Sformułowania te mogłyby sugerować, że w opinii autorów raportu nie jest ona po prostu „linią „Gazpromu”, mogącą służyć do przekazywania wszystkich przepływających nią danych w rosyjskie ręce, jak twierdził minister Szyszko w liście do ministra Bartoszewskiego, nie pozostawili oni jednak żadnych wątpliwości, że i pod zarządem PolGaz Telekomu nie jest urządzeniem bezpiecznym. Okazało się bowiem, że spółka ta została utworzona przez tych samych partnerów gazowego biznesu, którzy zaangażowali się w budowę i eksploatację gazociągu jamalskiego, tj. EuRoPol Gaz, Gaztelekom – będący spółką Gazpromu – i Bartimpex.
    Nasuwa się pytanie, dlaczego w opinii komisji powierzenie eksploatacji światłowodu firmie powołanej przez udziałowców w takim składzie grozi nie tylko utratą kontroli państwa nad światłowodem, ale wręcz przekazaniem jej w ręce rosyjskie?
    Analiza procentowych udziałów strony polskiej i rosyjskiej w spółce PolGaz Telekom wykazuje pewną przewagę tej pierwszej (36 proc. udziałów Bartimpeksu plus 16 proc., czyli połowa z 32 proc. wniesionych przez Gaztelekom plus druga, rosyjska połowa aportu EuRoPol Gazu). Ale nie zmieniło to w niczym opinii komisji rządowej, która – jak się okazało – nie ma zaufania ani do EuRoPol Gazu, ani Bartimpeksu. Pierwszemu komisja Szyszki zarzuciła, że nierówno traktuje stronę polską i rosyjską, przez co Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo (PGNiG) utraciło wpływ na tłocznie (przepompownie gazu), system informatyczny i telekomunikacyjny, a więc kontrolę nad całym gazociągiem.
   Prawdziwym złym duchem tej nierównej współpracy okazał się jednak, w opinii komisji Szyszki, Bartimpex, bowiem kontrolowana przezeń spółka Gas Trading – trzeci wspólnik EuRoPol Gazu – w rzeczywistości decyduje o strategicznych decyzjach podejmowanych w tym przedsiębiorstwie.

Za dużo Gudzowatego?

To stwierdzenie może budzić zdziwienie, zważywszy że Gas Trading ma wszystkiego 4-proc. udział w EuRoPol Gazie wobec 48 proc. przypadających na każdego z dwóch pozostałych jego udziałowców – PGNiG i Gazprom. Przyjmując założenie, że wpływy partnerów w spółce są proporcjonalne do wielkości udziałów, nie sposób pojąć, z czego bierze się niezwykła siła  przebicia Gas Tradingu, a niemoc PGNiG. Nie brzmi przekonująco również kategoryczne stwierdzenie, że Gas Trading jest kontrolowany przez Bartimpex, który ma w nim 36 proc. udziałów wobec 43 proc. należących do rzekomo bezwolnego PGNiG.
    Dlaczego więc – zadajemy sobie pytanie – PGNiG, mające bezpośredni udział w EuRoPol Gazie równy bezpośredniemu udziałowi Gazpromu oraz największy udział w Gas Tradingu, zostało wyzute z prawa operacyjnego zarządzania gazociągiem i w dodatku dzieje się tak za sprawą tegoż Gas Tradingu. Podobno winien temu jest statut EuRoPol Gazu, stanowiący, że przy równej liczbie głosów przeważa głos przewodniczącego, tym zaś jest Rosjanin (a konkretnie Rem Wiachiriew, szef Gazpromu).
    W tym układzie rzeczywiście języczkiem u wagi okazuje się Gas Trading, który – jak sugeruje komisja rządowa – trzyma stronę udziałowca rosyjskiego. Jeśli wierzyć licznym publikacjom prasowym, szczególnie zaś długiej serii artykułów, jakie zamieszczała na ten temat „Rzeczpospolita”, za tym dziwnym zachowaniem kryje się właściciel Bartimpeksu, Aleksander Gudzowaty, przedsiębiorca zaangażowany w handel z Rosją. To on miał wprowadzić „na trzeciego” założony w 1992 r. Gas Trading do EuRoPol Gazu tworzonego do realizacji projektu jamalskiego. Fakt ten oprotestowała obecnie komisja w swoim raporcie, wskazując, że zgodnie z polsko-rosyjskim porozumieniem, udziałowców w tej spółce miało być dwóch, przy czym wyłącznym właścicielem polskiego odcinka gazociągu i całości jego instalacji miał być EuRoPol Gaz, zaś wyłącznym operatorem systemu – PGNiG.

Blokada projektu konkurenta

Wydaje się, że takie odczucie ugruntowało się w ub.r., kiedy to Aleksander Gudzowaty upierał się przy zamiarze budowy, wespół z koncernem niemieckim Ruhrgas, gazociągu Bernau–Szczecin, którym miałby być sprowadzany gaz z Zachodniej Europy. Sprawa stała się dostatecznie znana dzięki listowi otwartemu szefa Bartimpexu do premiera, w którym protestował przeciw zablokowaniu tego projektu.
    Już wtedy stało się jasne, że spór wykracza daleko poza problem miejsca, jakie ostatecznie zajmie na rynku gazowym prosperujący biznesmen Gudzowaty i jego Bartimpex, ale chodzi o kształt długofalowej polityki państwa w zakresie zaopatrzenia w gaz i bezpieczeństwa dostaw tego paliwa. Jak bowiem wiadomo, MG nie mniej zdecydowanie zaangażowało się w konkurencyjny projekt budowy, na dnie Bałtyku, gazociągu, który powinien połączyć polskie wybrzeże bezpośrednio ze złożami gazu norweskiego.

Komu to służy

Spory i przepychanki w polskim sektorze gazowym, których jesteśmy świadkami od ponad półrocza, najwidoczniej nie sprzyjają  budowaniu dobrych stosunków z dostawcą gazu do Polski – rosyjskim Gazpromem. Nowego powodu do tworzenia atmosfery nieufności dostarczyły ostatnie rokowania cenowe, które – mimo że otoczone tajemnicą – znalazły sporo podnieconych komentatorów, narzekających na narzucone stronie polskiej drastyczne podwyżki cen i niekorzystne warunki płatności (zważywszy, że ceny gazu są powiązane z cenami ropy, które poważnie wzrosły. Można się było spodziewać także wyższych rachunków za gaz, kwestia tylko – o ile wyższych; dopóki tego nie wiemy, nic nie można powiedzieć o wyniku tych negocjacji).
    Ale atmosfera zaczęła się psuć wcześniej, w chwili, kiedy Gazprom wystąpił z propozycją odstąpienia od projektu budowy drugiej nitki gazociągu jamalskiego wzdłuż już istniejącej i skierowania jej na południe. Polska przeciwko temu ostro zaprotestowała, powołując się na zagrożenie interesów Ukrainy, swego strategicznego partnera.
    Do tej pory trudno dociec, jaki konkretnie zamysł krył się za takim stanowiskiem. Interesom Ukrainy oczywiście najlepiej służyłoby poprowadzenie tej nitki przez jej terytorium, czego jednak strona polska nie proponowała. Z równie oczywistych względów. Po pierwsze – nie służyłoby to interesom naszego kraju; po drugie – możliwość poprowadzenia drugiej nitki gazociągu w kierunku południowym została przewidziana w porozumieniu z 1993 r., które Polska podpisała i powinna respektować, dlatego propozycja Gazpromu nie powinna była nikogo zaskoczyć; po trzecie (a właściwie pierwsze i ostatnie) – nie mieliśmy armat! Nie mieliśmy środków, żeby  zmusić Gazprom i jego zachodnioeuropejskich partnerów (dla których przecież w dużej części miałby być przeznaczony rosyjski gaz), do respektowania interesów Ukrainy. Stało się to bardziej jasne po tym, jak Unia Europejska wystąpiła z wielkim projektem podwojenia importu rosyjskiego gazu i dała jasno do zrozumienia, że nie chce przy tym korzystać z tradycyjnej trasy jego tranzytu, biegnącej właśnie przez Ukrainę. W tej sytuacji jedyną rzeczą, jaką mogła zrobić Polska, to odmówić zgody na budowę nowej nitki (czy też nowego gazociągu, jak chce zachodnioeuropejskie konsorcjum zainteresowane jego budową). Zważywszy jednak na całokształt uwarunkowań geopolitycznych  (własną zależność od importu rosyjskiego gazu i bliski akces do UE, zakładający przecież ścisłą współpracę z unijnymi partnerami m.in. w dziedzinie polityki energetycznej), byłoby to posunięcie zupełnie absurdalne.
    Po ostatniej wizycie wicepremiera Janusza Steinhoffa w Moskwie rysuje się w tej sprawie możliwość kompromisu. Nowy rurociąg oczywiście „ominie” Ukrainę (nigdzie nie było powiedziane, że ma przebiegać przez jej terytorium), ale może uda się uzgodnić dogodniejszy, z punktu widzenia interesów Polski, przebieg jego trasy.
    Okrążanie Gudzowatego, napięcia w stosunkach z Gazpromem, przesadna nerwowość z powodu uzależnienia od dostaw rosyjskiego gazu, jaką objawiają przedstawiciele rządu i wspierająca go prasa, nie umacniają naszej pozycji także w rokowaniach w sprawie zawarcia tzw. dużego kontraktu na dostawy gazu norweskiego. Dowodzą tego kolejne przesunięcia przewidywanego terminu jego podpisania. O braku zaufania wobec polskiego kontrahenta  – PGNiG – świadczy m.in. żądanie gwarancji rządowych na odbiór zakontraktowanego gazu, czego nie wymaga się od innych importerów, również tych z Europy Środkowowschodniej.
    Skoro tak, to nie sposób nie zadać pytania – o co właściwie w tym wszystkim chodzi? Jak mawiają znawcy życia społeczno-politycznego w naszym kraju, gdy nie wiadomo o co chodzi, to najpewniej chodzi o pieniądze. Niestety, w ostatecznym rachunku będzie chodziło najpewniej o nasze – podatników – pieniądze. (maj 2001)

-----

Obecnie wygląda na to, że rządowi nie wystarcza już zablokowanie projektu gazociągu Bernau–Szczecin – chodzi o „zablokowanie” samego Gudzowatego. W niedawnym wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” (z 20 lutego br.) prezes PGNiG Andrzej Lipko skarżył się, że szef Bartimpeksu  bardzo przeszkadza w rozmowach z Norwegami. Mąci na rynku gazowym, sprawia, że mogą oni nabrać wątpliwości, czy mają ze strony polskiej do czynienia ze stabilnym partnerem. Sposób na neutralizację tego negatywnego wpływu wskazuje raport komisji Szyszki, który (ciągle według relacji „Rzeczpospolitej”) zaleca Ministerstwu Skarbu Państwa wymożenie na PGNiG odzyskania wszystkich uprawnień operatorskich wobec rurociągu jamalskiego i wpływu na EuRoPol Gaz. Oznaczałoby to wyeliminowanie ze składu tej firmy Gas Tardingu, uznawanego za instrument w rękach Gudzowatego. Naturalnie nie może już też być mowy o oddaniu zarządu nad światłowodem firmie PolGaz Telekom – nawet jeśli będzie to wymagało nowelizacji ustawy telekomunikacyjnej. Myśli się też o odwołaniu Kazimierza Adamczyka – prezesa EuRoPol Gazu od 1993 r., przedtem dyrektora generalnego i z kolei wiceministra przemysłu i handlu, który w swoim czasie pomagał zakładać Gas Trading. Zgodę na to musiałby jednak wyrazić współwłaściciel EuRoPol Gazu – Gazprom. Ta jeszcze nie nadeszła. Pojawiły się jednak pogłoski, że rosyjski partner gotów byłby poświęcić Gudzowatego.

-----

Gudzowatemu zarzuca się, że zdołał „wkręcić się” do gazowego interesu dzięki powiązaniom z wpływowymi osobistościami w kraju i za wschodnią granicą. Przypomina się, że Gas Trading pomagał mu zakładać Aleksander Findziński, wieloletni dyrektor i – do kwietnia 1999 r. – prezes PGNiG; że firma ta znalazła się w składzie udziałowców EuRoPol Gazu w wyniku interwencji z najwyższych szczebli władzy w Rosji i Polsce; że jego Bartimpex nie dąży do dalszego ograniczenia wpływów rosyjskiego Gazexportu w Gas Tradingu (do czego doszło na przełomie 1997 i 1998 r., kiedy firma została przekształcona w spółkę akcyjną, zaś Gazexport nie zdołał wziąć udziału w podniesieniu jej kapitału); że Gas Trading zawarł długoletnie umowy z Gazexportem, własnym udziałowcem na dostarczanie gazu dla PGNiG i robi na pośrednictwie kokosy.
    Nie koniec na tym. W wypowiedzi dla „Rzeczpospolitej” z 20 lutego br. prezes zarządu PGNiG  Andrzej Lipko poskarżył się, że na jednym z ostatnich walnych zgromadzeń udziałowców EuRoPol Gazu Aleksander Guzowaty proponował rozszerzenie statutowej działalności tej spółki na obrót i handel gazem. „Stworzylibyśmy sobie konkurencję, która w dodatku jest właścicielem największego gazociągu w Polsce” – protestował prezes PGNiG.
    Słowem – za dużo Gudzowatego!
    Można zrozumieć, że takie odczucie mogą mieć państwowi konkurenci biznesmena, ale zwykły użytkownik gazu nie może traktować poważnie litanii wysuwanych przeciw niemu zarzutów, dopóki najpoważniejszym z nich jest to, że zarobił masę pieniędzy.

-----

Z ostatniej chwili: podczas nadzwyczajnego walnego zgromadzenia akcjonariuszy Gas Trading (18.04.2001) Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo (PGNiG) nie zdołało doprowadzić do usunięcia Aleksandra Gudzowatego z rady nadzorczej EuRoPol Gazu. Prezes PGNiG, Andrzej Lipko podsumował to stwierdzeniem: – Sytuacja jest patowa.

(maj 2001)

dodano: 2012-01-05 15:32:12